Kiedy Skye przychodzi, Bullet już czeka, oparty o tę samą ławkę. A jednak, tym razem jest sam. Wygląda na zamyślonego. Sprawdza coś w małym notesiku, który ostatnio wykorzystywał przy wystawie kamieni szlachetnych, nawet nie po to aby coś ważnego zapisać, ale żeby wszyscy myśleli, że coś szykował na aukcję.
– Siema – Skye rzucił, gdy tylko go zobaczył. Podszedł, szturchnął go ramieniem w ramię i podał puszkę coli, którą trzymał. – Co tam, jak tam? – Zajrzał mu do notesika. – Dawno się nie widzieliśmy, trochę się stęskniłem. – Zamilkł na moment. – Nie wierzę że to mówię.
Notesik był zapisany… Niczym. Choć gdyby Skye się przyjrzał może by zobaczył ślady skrobania po papierze.
– No hej. Wiadomo. Byliście zajęci. Scion z Vized, demony szalejące po mieście, szkoła. Też mamy parę rzeczy na głowie. Dopinamy jeden mały projekt… Nie powinno wybuchnąć i zniszczyć świata, zanim się spytasz. – Dodał pospiesznie.
– Mini pamiętnik? – zapytał Skye; jego głos był spokojny i miękki, nie ukrywający sympatii. – Mogę ci coś narysować? – Tak, było… intensywnie. Dużo się działo. Dużo się dzieje. Chyba mnie to zaczyna przerastać, wiesz? I nie ukrywam, chyba potrzebuję twojej pomocy. – Osunął się na ławkę. Faktycznie wyglądał na zmęczonego.
– Raczej lista do zrobienia. – Gabriel przerzucił kartkę i podał ją Skye, po czym wyciągnął drugi długopis, choć miał jeden w ręku i również go podał Skye, zanim rozsiadł się koło niego na ławce. – Agencja Jack-off-all-trades Bulleta. Rozwiążemy 90% problemów i jest 10% szansy, że nie spowodujemy nowych.
Skye wziął notatnik, zaczął szkicować z wprawą. Czuł, jak jego mięśnie powoli się rozluźniały, kiedy długopis sunął po kartce. Po około 10 minutach ciszy podał notatnik i długopis z powrotem Bulletowi. Na kartce był on i Gun, Bullet się szczerzył a Gun był grumpy i broody jak zwykle.
– Zanim Ci cokolwiek powiem… chce, żebyś wiedział, że ci ufam. Że nawet, jak nie będziesz w stanie pomóc, to nie podłożysz mi kłód pod nogi. Po prostu… ci ufam. Tak jak ty zaufałeś mi.
– Właśnie odbierasz mi możliwość zostania twoim arcywrogiem. Zarzynasz naszą przyszłość jako wiecznie skonfliktowana para, która nigdy nie będzie mogła być razem. – Aż teatralnie wniósł rękę do góry i zamknął oczy. Ale zaraz wrócił do pełnej uwagi na Skye. – Co mi nie przeszkadza, więc mów.
Skye się cicho zaśmiał.
– Dalej możecie się wypisać z tego całego interesu, mogę pomóc. Gdyby nie mój brat… supersi sami by na mnie powolowali i ratowali miasto i świat przede mną. Tylko że nic by z niego nie zostało. W sumie, chcesz go poznać? – Spuścił wzrok. Potem zaczął opowiadać i mówić o wszystkim. O Haroldzie, o ojcu Petry, o całym syfie, który dzieje się dookoła. – I zaraz będzie jeszcze ta parada anty-mutancka… I Hadar, i… – Podniósł wzrok na Bulleta. – Muszę znaleźć Boski Miecz. I choćbym miał to zrobić na kolanach, muszę ją znaleźć i prosić o pomoc. Chodzi o życie Harolda, dzieciak ma 13 lat, i… I ten cały szajs z zawładnięciem świata, ja… Ja po prostu chcę, by mój brat był bezpieczny i miał szczęśliwą przyszłość. I chcę to samo dla mojego teamu. – Dotknął jego ramienia. – Czy możesz mi pomóc? W jakikolwiek sposób? Proszę, Gabe.
Gabriel słuchał na początku bardzo uważnie. W którymś jednak momencie uśmiech zaczął schodzić z jego twarzy. Wydawał się być coraz bardziej zamyślny. Może nawet przerażony. Nie przerywał jednak Skye aż do prośby.
– Nie próbujesz mnie oszukać i to faktycznie chodzi o Boski Miecz, a nie o to że Doktor Nanonite ukradł parę błyskotek. I żeby nie było. On ich nie ma, trafiły do Red Barona, po tym jak miał focha za ten wielki żółty diament, co go nie udało mu się zdobyć.
Bulket mówił szybko. Jakby był zdenerwowany. Wydawało się to być przytłumione.
– Nie próbuję cię oszukać. Nie lubie kłamać, nawet nie umiem kłamać. Nanonite mnie nie obchodzi. Gabe… czego się boisz? Co się dzieje? Hej, możesz mi powiedzieć. Chcę pomóc, jeśli mogę. – Dłoń z ramienia spoczęła teraz na jego ręce. – Wam obu.
Gabriel jednak wyrwał się z jego dotyku. Pojawił się przed ławką i zaczął chodzić.
– Fuck. Nie boję się. Ale fuck… Ed mnie zabije. Jak się dowie, że szukacie Boskiej, to was rozjebie. Mówiłeś, że Scion chce was zabrać do doktorka. Fuck. On pewnie wie. I to Scion, nie może iść przez Billa ani przez Josefkę, bo Josefka podniesie alarm z miejsca, a Bill daje się przekupić tylko jeśli nie widzi zagrożenia dla Zakazanego Miasta. Ja pierdolę, czemu musiałeś to zrobić?! – Krzyknął w niebo, po czym stanął nagle i spojrzał w oczy Skye. A w jego oczach malowało się przerażenie. – Nie mogę Skye. Prosisz o zbyt dużo.
– Jesteś przerażony. Daj mi szansę zrozumieć, proszę. Tu nie chodzi o mnie, chodzi o dzieciaka, chodzi o całe miasto, chodzi o mojego brata, o ciebie też… – Po chwili jednak spuścił głowę. – W porządku. Przepraszam. Nie powinienem cię w to mieszać. – Wyjął z torby kartkę. – Masz, podziel się tym z dzieciakami z Zakazanego, i z kim chcesz. Jadłodajnia, czynna w niedziele. Nie pytają o nic, dają dobre, ciepłe jedzenie. – Wstał z ławki. – To… chcesz iść do Huntera? Ja go chyba odwiedzę.
– Nie, ja… Tu chodzi o moją rodzinę, jaka by nie była. Przepraszam. – Chwycił pospiesznie kartkę, zanim zniknął w smudze swojej szybkości.
Koniec sceny