Właśnie… ponieważ już nam chyba przeleciała niedziela w grze, bo Paczak w końcu śledził Astora… to opowiedz mi co się działo w niedzielę. Czy Petra znalazła to czego pragnęła? Czy w ogóle szukała?
Na pewno szukała. Czy znalazła? Nie wiem. To zależy, czy Orice był w ogóle tego dnia w jadłodajni.
Jak wcześnie zaszła? Z samego rana czy też trochę później?
Hmm… Myślę, że tak jakoś na początek wydawki, może tym razem dla odmiany lekko spóźniona
Początek powiadasz… Wiesz co, na razie go nie ma. Za to widzisz jak Sol jest przefarbowana na fioletowo i z lekkim naburmuszeniem zaczęła wydawać posiłki.
Fioletowa?! Co jej odwaliło?? Oczywiście, że pytam! Staję sobie koło niej na wydawce i pytam, czy się z kimś założyła, czy co.
Rzuca ci nieprzyjemne spojrzenie, nakładając porcję marchewki z groszkiem do puree z ziemniaczków.
– Pamiętasz jak Orice powiedział, że mam uważać na drabiny, bo w niebieskim mi nie do twarzy?
Petra parska śmiechem, nalewając do miseczki obok zupy..
– Co, sprawdziło się? Moje też.
– Taaa, mam na głowie awaryjną szamponetkę. Wygląda jedynie trochę lepiej… – Przez chwilę Sol była zamyślana. – Aaaaa… ten bank. Widziałam w wiadomościach skrótowiec, bo z tego dnia to chyba żadna stacja nie ma ujęć.
– Przynajmniej nie pokazywali mordy tej wariatki z bronią od Skorpionów. Jeszcze by jej szalone ego bardziej skoczyło. – śmieje się Petra, nakładając posiłek kolejnej osobie. – Dzień dobry, pani Barnlow. Czy dzisiaj też nałożyc do pudełka porcję dla męża?
Kobiecina uśmiechnęła się szeroko.
– Och, gdybyś była taka dobra. Ostatnio coraz gorzej mu się poruszać. Niby przeszedł na dietę, ale nie mogę mu odmówić waszych ziemniaczków. Sol od razu podała pudełka do Petry.
– Nałożę mu tych ziemniaczków nieco mniej. – zadecydowała dziewczyna. – I trochę więcej sałatki. Proszę dopilnować, żeby zaczął od sałatki.
Pani Barnlow podziękowała i podreptała do znajomych, aby się przywitać. Wydawanie dalszych posiłków szło sprawnie. Mnóstwo stałych bywalców przeszło przy ladzie i uśmiechało się do Petry. Moze oprócz Pani Meyers. Ona oczywiście że wyciągnęła krzyżyk, przechodząc przy ukrytym demonie. Jednak Orice się nie pojawił.
W takim razie po zakończonym dniu Petra spróbowałaby się do niego tepnąć. Wolała lepiej zacząc rozmowę niż po prostu pojawiając się koło niego, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma.
I czuje, że nie może. To nie jest jak wtedy, gdy ojciec cię powstrzymywał swoją mocą. Ani jak Vized cię zatrzymała po piekielnej stronie. To tak jakbyś… chciała znaleźć osobę, która nie istnieje.
To już jest dziwne. Kogo w takim razie spotkała? Kto ją ostrzegł? Duch? Maska? Wyobrażenie?
– Jeszcze więcej tajemnic. – mruknęła pod nosem, udając się na spacer w kierunku domu.
Jeśli to spacer to na pewno przez ten park, który jest tuż przy jadłodajni. I Petra pewnie by nawet mogła przejść dalej, gdyby nie zobaczyła czarnej kurtki ze skorpionem na plecach. Mężczyznę, którą ją nosi, na pewno nie kojarzy. Ale za to kojarzy dziwnego jegomościa, przed którym Skorpion stoi. Oczywiście, że to Orice. Ma włożoną rękę do torebki, jakby chciał okruszkami karmić gołębie.
Biorąc pod uwagę, że Petra nie wygląda wcale jak Petra, to mogłaby zwyczajnie podejść. Skorpion by się nie połapał, że jest „bohaterką”, czy coś. Ale też zwykły człowiek raczej by się trzymał z dala, więc siada sobie na jakimś murku czy coś i wyciąga niedojedzoną kanapkę. Oczywiście wcale a wcale nie popatruje na nich kątem oka. Zupełnie.
To Skorpion gada. A przynajmniej stara się przemówić do Orice, bo ten wydaje się jakby zastygnięty w rzeczywistości. Skorpion nie jest ani trochę cichy, więc Petra bez problemu może usłyszeć jak najpierw gada, że to nie jest ani trochę zabawne, że siedzą tu już parę godzin i żeby mu pomógł, bo to przecież tylko jedno pytanie, co go zbawi jedno pytanie, a jeśli niedostanie żadnej odpowiedzi, to szefowa go zmiażdży, na serio, wczoraj wyciągała na sztangach pół tony, a jak ona jest wściekła, to noga, ręka, mózg na ścianie. W końcu chyba się poddaje z błaganiami i chowa ręce w dłoni, a gdy wreszcie się podnosi z ławki zaczyna narzekać, że to właśnie jemu dają najgłupsze zadania. Już chyba wolałby karmić puszka. Przynajmniej nie pominąłby obiadu. W końcu ze wściekłością chwyta Orice za te ciemne worki, które ma za ciuchy i podnosi do góry.
– Kurwa mać, to wszystko twoja wina. Jedno kurwa pytanie, którego za cholerę nie rozumiem! Czy dać mu głowę Ala czy postawić na to co zrobią Exiles?! Odpowiesz czy nie?!
Ale Orice wydaje się być jak marionetka. Patrzy bezwiednie w górę, czym chyba jeszcze bardziej rozwściecza Skorpiona, bo ten zrywa jego opaskę z oczu i się w nie patrzy. Z tej perspektywy Petra nie może dostrzec cóż takiego zobaczył, ale na twarzy Skorpiona pojawia się strach. To chyba ten moment, w którym Orice odzyskuje świadomość. Jego głos jest dalej bardzo niski i chrapliwy. I cichy. Petra musi wytężyć słuch, aby zrozumieć słowa.
– Och… O czym my… – Przymyka oczy. – Chyba straciłem moją opaskę, niedobrze. Pomożesz mi ją znaleźć?
Skorpion jednak wypada z dziwnego odrętwienia i rzuca mężczyznę na ziemię. Orice upadając, zahacza o laskę, która uderza pustym dźwiękiem na szczęście o ziemię, a nie o jego głowę.
Pierdolony gówniak z kolcem jadowym zamiast głowy! Petra podrywa się z miejsca, zanim zdąży pomyśleć.
– Hej, zostaw go! – krzyczy, biegnąc. Czemu się nie tepuje? To chyba jakiś odruch ukrywania się, w końcu nadal jest w ciele drobnej blondyneczki. – No rozbój w biały dzień! Zostaw go, albo wezwę supersów!
W myślach ma upadającego człowieka, to przerażenie na twarzy Skorpiona, pierdolone pół tony szefowej… Kurwa, ale że serio?! Łajza nie dość, że ma przydupasy, to jeszcze taką szaloną siłę?! Co ona, pierdolona Tsunade?!
Kiedy Skorpion ucieka, jeszcze zerka w stronę Petry, która może upewnić, że cokolwiek zobaczył, bardzo skutecznie go odgoniło. Orice podnosi się powoli. Jego czarne, pomierzwione czarne włosy spadają mu na twarz, ale nawet spod nich Petra może zobaczyć, że wokół jego zamkniętych oczu są blizny po poparzeniach, które mocno zniekształcają jego twarz, w szczególności iż zachodzą na policzki. Same blizny wydają się być świeże. Choć… Jeśli kiedyś była to znajoma twarz, te blizny nie pozwalają stwierdzić czy Petra kiedykolwiek wcześniej spotkała tego człowieka. Orice zaczyna szukać dłonią po ziemi zapewne opaski.
Nie jest trudno jej znaleźć, kiedy ma się sprawny wzrok. Petra podsuwa mu ją pod dłoń. Przez chwilę ich palce się stykają. Dwie nieprawdy. Tylko jaką nieprawdą jest Orice?
– Proszę. – mówi.
Palce Orice zatrzymują się na Petry. Wydaje się zamyślony, przekręcając głowę w stronę diablicy.
– Dziękuję, Różyczko. – Ostrożnie zakłada opaskę, poprawiając, aby nasuwała się mu odpowiednio na nos i policzki. Laskę jest mu łatwiej zlokalizować. Choć jeśli Petra przygląda mu się z bliska, może zobaczyć, że ma w tej chwili otwarte oczy za opaską. Równie powoli się podnosi już na nogi.
– Wygląda na to, że wybrałam się podsłuchiwać w dobrym momencie. – mówi pozornie lekko Petra, pomagając mu wstać. Oczywiście, że się przygląda! Co mogło przyprawić go o takie blizny? Na pewno nie pożar, są zbyt skoncentrowane. Jakiś atak? – Ktoś myślał, że jak wypali ci oczy, to przestaniesz widzieć przyszłość? – wypala, zanim zdąży się zastanowić. – Czy też może widziałeś za dużo?
Orice „patrzy” się na nią. Zanim z jego krtani wydobywa się krótki gardłowy śmiech.
– Ależ skąd. Widzę całkiem normalnie. Ale stoję na ślubnym kobiercu i potrzebuję welonu, aby móc się skupić tylko na jednym wybrańcu serca. Hm… Chyba już nakarmiłem gołębie. – Patrzy wyraźnie w stronę papierowej torebki, którą przed chwilą trzymał. – Czy wiesz może jaki mam dzień i godzinę?
– Pierwszy października. Jest… Nie wiem, koło 19:30? – próbuje odpowiedzieć Petra. Co to w ogóle za pytanie? On jest naprawdę dziwny. – Mogę zadać panu pytanie? Nie będę nagabywać, jeśli mi pan nie odpowie.
– Każdy kto wie, przychodzi do mnie z pytaniami… A czasami nawet przychodzą, żeby dać im pytanie. Późno już. Czemu nigdy nie ma czasu. Tak chętnie bym z tobą usiadł i zagrał. Chodź, nie ma czasu. – Zaczął ją prowadzić z powrotem w stronę jadłodajni. – Kiedy idziesz, pytania mają większe znaczenie. Nie będę zgadywać, które chcesz zadać najpierw, masz ich tak dużo.
Przez kilka kroków Petra idzie nietypowo dla siebie cicho.
-Ja nawet nie wiem, jak zadać to pytanie. Jest taki krąg, ale nie wydaje się prowadzić do nikogo… Albo nikogo, kogo znam. – zaczyna się plątać. – I może powinnam być Vized wdzięczna? Exiles są zajebiści, a gdyby nas nie wsadziła w tamten krąg… Czego ona, kurwa, chce?!
– Dużo pytań zawartych w tym jednym. – Orice uśmiecha się i przesuwa dłoń z ramienia Petry na jej dłoń, którą ściska. – Jeśli już to powinnaś być wdzięczna Milliovych, jakby to nie brzmiało. Ale nie wahaj się ją walnąć w nos. Zasługuje na to i ona… Vized? Takie imię nosi teraz? Tak, teraz to ta istota. – Te słowa mówi raczej do siebie, ciszej. Ale zaraz znów zwraca się do Petry. – Jej nie bij w nos, o ile nie masz pewności, że… nie jest w stanie mocno oddać… A zwykle jest.
Petra uśmiecha się lekko, może trochę ironicznie, oddając uścisk.
– Takich jak ja nie jest łatwo zabić. – mówi. – Ale będę uważać. Na tą… istotę, tak? Czyli doktorek przywołała faktycznie kogoś… Vized? To krąg z jej znakami? W sumie to logiczne. Mogłam na to wpaść. Gdybym… Gdybym miała dać komuś naprawdę silnemu radę, jak ją pokonać, co to powinno być?
– Ta istota jest jak najbardziej śmiertelna. Tak, można ją zabić, tylko że nie można. W końcu istnieje długo, zbyt długo. Zamknięta jest w pętli ciągłego dążenia do celu, tylko że sama nie zna swojego celu, więc szuka nowych dróg i czegokolwiek co by tam zaprowadziło świat. – Przystanął przy ulicy. – Milliovych otworzyła wrota do źródła. Zawsze je otwiera, pragnąc zmienić świat. I zawsze sprowadza tę istotę. Choć czasami dzierży ona inne imię i inną maskę. Ale znak źródła nie należy tylko do niej. Ah, już czas. – Spojrzał za ramię Petry. – Widzisz tamtą kobietę z dziećmi, 5-latka i wózek z bobasem? Proszę, przyprowadź je do mnie. Muszę im coś powiedzieć.
Faktycznie, trochę dalej stała nakzwyklejsza kobieta, która próbowała ogarnąć swoje starsze dziecko przy akompaniamencie płaczu dochodzącego z wózka.
Najlepiej byłoby cofnąć się w czasie i po prostu nie pozwolić Milliovych jej przywołać. Co za jebany świat!
– Nie ma sprawy. – powiedziała Petra. – I dziękuję. Już… A, właśnie! Pewnie pan już wie, ale na liście tych, co pana szukają, jest i A.E.G.I.S. Potem pozostało jej tylko podejść do kobiety, zagadać dzieciaka i jakoś tak zupełnie przypadkiem dołączyć się do spaceru. A potem palnąć prosto z mostu, że jej przyjaciel potrzebuje z nią porozmawiać.
Kobieta spojrzała się na Petrę trochę jak na kosmitkę. Pomimo, że nadal była w ludzkiej postaci. Mała dziewczynka próbowała skakać po kamieniach chodnika i matka zdecydowanie musiała patrzeć czy ta nie chce wskoczyć na ulicę.
– Przepraszam, o co chodzi? Jaki przyjaciel?
Taa, namawianie ludzi nie było jej mocną stroną.
– Wiem, że to zabrzmi jak najgorszy scam, ale to ktoś, kto chce przekazać pani coś strasznie ważnego. – powiedziała Petra. – Hej, mała, dalej od ulicy jest mniej pęknięć, a przecież wszyscy wiedzą, że nie można nadepnąć na pęknięcie.
Dziewczynka spojrzała na Petrę z wyszczerbionym uśmiechem.
– Powiedzmy, że ci wierzę, gdzie mam niby się udać? Kobieta nie wydawała się być przekonana. W oddali było słychać pisk opon.
Serio? Nosz, kurrrwa!
– Do kawiarni na rogu parku. – wskazała drogę, którą idąc, musiałyby minąć Orice. – To nie potrwa długo, proszę.
Dziecko w wózku zaczęło płakać jeszcze głośniej. Kobieta pochyliła się nad nim.
– No już, już, skarbie, zaraz cię nakarmię.
To był moment, w którym Petra oprócz piszczenia opon mogła usłyszeć klakson ciężarówki. Jeśli by się odwróciła, zobaczyłaby, że ta faktycznie pędziła prosto na nie.
Oczywiście, że się odwróciła. A potem nie myślała już ani chwili dłużej, rzucając się na nie i ze wszystkich sił próbując złapać wszystkie trzy. Zabrać je stąd! Do… Do Orice! Nie! Nie do niego! Na ten róg, gdzie stał!
Nawet widzidz ten róg. Czysto. Wystarczy ogonem schwycić dziewczynkę. Matka trzymała bobasa. Tylko, że teraz Petra nie ma ogona.
Kurrwa, nie ma czasu! Petra łapie matkę i zrzuca „przebranie”. Jeszcze tylko chwila! Czerwone ramiona otaczają matkę, ogon chwyta dziecko. Ciężarówka jest tuż-tuż!
Petra słyszy wrzask kobiety, ale nie czuje tego jak wielka ciężka maszyna robi z nich miazgę. Przerzuciła ich na ten róg, zabrała w bezpieczne miejsce i teraz może zobaczyć jak ciężarówka przewala się na bok, tratując wózek, który nadal tam stał. Ale płacz dziecka w objęciach matki nie ucichł.
– O ja, pierdziu…
– Kurwa… – tylko tyle daje radę wydusić z siebie Petra, kiedy ulga przetacza się przez jej ciało, a ona po prostu osuwa się po najbliższej latarni na ziemię. – O to mu chodziło.
Świat wiruje, dziewczynka, nie przytrzymywana już przez ogon, tuli się do matki, nie rozumiejąc, co się stało.
Orice zniknął. Czyli jednak nie musiał nic powiedzieć matce. Kobieta patrzy z niedowierzaniem na Petrę.
– Jesteś tym diabelstwem z wyrzutków.
– No jestem. – mówi Petra obronnym tonem. Też będzie chciała ją wyegzorcyzmować?
– Dziękuję. – Kobieta powiedziała, tuląc swoje dzieci. Ktoś już dzwonił po pomoc dla kierowcy ciężarówki. Sytuacja była na tyle opanowana, co superbohater bez super siły mógłby zrobić.
Petra uśmiechnęła się.
– Nie ma sprawy.
Ile czasu udało jej się utrzymać moc zmiany kształtu w tajemnicy? Dwa tygodnie? Pewnie już ktoś widział, albo co gorsza nagrał filmik. Ale czuła, że było warto.
Nagle mała dziewczynka oderwała się od mamy, żeby przytulić się do Petry i z szerokim uśmiechem również podziękować… I skomentować, że na fajny, serduszkowy ogon.
Se… serduszkowy?
– Serio? Dzięki! – Petra odpowiada uściskiem, trzymając dziewczynkę tak długo, jak tylko ta chce. – Chyba zacznę tak o nim mówić.
– Fajnie, gdybyś miała serduszko na kostiumie, wtedy byłabyś szatanem serduszko! Cieszyła się dziewczynka.
Petra zaśmiała się, czochrając ją trochę po głowie.
– Dla ciebie mogę być szatanem serduszko, ale dla reszty jestem Trouble, bo lubię wpędzać złych ludzi w kłopoty. – powiedziała.
Koniec