Dobija 23-cia. Skye już zapewne z motylkami w brzuchu czeka na spotkanie, które sam wyznaczył. To się właściwie nie godzi. Bohater spotyka się z pospolitym łotrzykiem… bo nawet złoczyńcą Bulleta ciężko nazwać. To raczej gagatek, który szuka uwagi dorosłych. Czy Skye może mu pomóc? Czy może sprowadzić go na dobrą drogę? Ciszę w parku przerywa odgłos kroków na brukowanej ścieżce i gniecionej trawy. Towarzyszy im rozmowa. Podekscytowana, zdecydowanie zbyt głośna na tę noc.
– Mówiłem, że nie musisz ze mną iść.
-Jak ostatnim razem widziałeś się z tym strachem na wróble z Exiles, to trafiłeś do aresztu.
Pierwszy głos jest zdecydowanie znany Skye. Drugi, niekoniecznie, ale jego właściciel jest na tyle wysoki, że w świetle lamp dobrze go widać nawet nad krzakami. Bez kostiumów Bullet wygląda jak zawsze. Wydaje się wątły, o czarnych włosach do ramion, które jeszcze bardziej wydłużają rysy jego twarzy. Gun zaś z potężną posturą jak u niedźwiedzia i jeszcze groźniejszym wzrokiem bardziej przypomina już mężczyznę… choć obaj są w tym samym wieku. To dopiero jest różnica u bliźniaków dwujajowych.
– Nie zapraszałby mnie na randkę, tylko po to aby znów mnie złapać.
Warknięcie ze strony Guna pasowało do jego niskiego, wręcz zachrypniętego głosu.
– To nie jest kurwa randka. On chce cię wybadać, a potem użyć tego przeciwko tobie.
– Nie znasz go… – Słaba obrona Bulleta została od razu storpedowana.
– Ty też nie. Spotkałeś go trzy razy w życiu. Trzy. I na litość boską, spróbuj coś zdradzić odnośnie jakichkolwiek planów, a… ona cię zamorduje i ten jeden kurwa raz na to pozwolę.
– Będziesz tęsknić za mną, zobaczysz. – Bullet zaśmiał się, gdy znalazł wzrokiem ławkę. Odpowiedziało mu tylko mruknięcie.
Siedząc na ławce po turecku Skye zastanawiał się, czemu w zasadzie to zrobił — po co chciał spotkać się z Bulletem? Wszystko mogło pójść źle. Dosłownie wszystko. A jednak… jednak ten strach Bulleta, który wyraźnie wyczuł w komisariacie, komentarz, że nikt się nie przejmuje nim ani jego bratem, jakoś… rezonował z nim. I mógł się mylić, ale Skye miał wrażenie, że Bullet nie był złym dzieciakiem, po prostu nie miał zbyt wielu opcji. Gdyby nie Hunter, Skye sam byłby pewnie ścigany przez „tych dobrych”… Zerknął na torbę lnianą leżącą obok niego. W środku były jednorazowe pojemniki z obiadem, który przyszykował na jutro, resztką kolacji z „wieczoru zwierzeń” oraz dwie puszki coli. Bullet będzie mógł się podzielić z bratem; założył, że po całym dniu w areszcie może być trochę głodny. Słysząc zbliżające się kroki szybko wychwycił, że to nie była tylko jedna osoba, a rozmowa tylko to potwierdziła. Skye niezbyt się zdziwił, że Gun postanowił towarzyszyć bratu—na jego miejscu zrobiłby dokładnie to samo. Zdecydowanie zainteresował się wspominką o planach i o „niej”, ale skrzywił się, gdy Gun z przekonaniem mówił, że Skye chce tylko wykorzystać Bulleta i go zdradzić. Pewnie, nie miał zbyt wielu powodów, by Skye’owi ufać, ale… Nie, nie miał prawa być nawet lekko zirytowany. Sam myślałby tak samo. … co w zasadzie chciał osiągnąć tym spotkaniem…? Gdy dwójka chłopaków była już blisko niego, uniósł rękę na powitanie.
– Hej – powiedział i się przeciągnął, chcąc tym samym rozluźnić trochę mięśnie, potem spojrzał na Guna. – Gun, jak mniemam? – Sięgnął po siatkę z jedzeniem i wyciągnął ją w stronę Bulleta.
Bullet zdecydowanie zamierzał wyciągnąć rękę w stronę Skye, ale potężne ramię brata zagrodziło mu drogę.
– Edward. – Poprawił go Gun. – Nie będę używać mojej ksywy po cywilu. Czego chcesz od mojego brata?
Bardzo szybko przechodził do rzeczy. Bullet zaś nic sobie nie robił z nadopiekuńczości, bo nim ktokolwiek mrugnął, już siedział przy Skye i zaglądał do torby.
– Och, to słodkie, Edziu, szlachetna paczka z obiadem. – I nic sobie nie robił z syknięcia brata „zostaw to debilu, pewnie jest tam pluskwa albo jakaś trucizna”. Bullet sięgnął po puszki coli, po czym otworzył obie, podając jedną do Skye. – Nie przejmuj się nim, nie wypiłby nawet łyka tej coli, bo jest pieprzonym paranoikiem.
– Ten paranoik utrzymuje cię przy życiu. A ty. – Znów zwrócił się do Skye, patrząc na niego spode łba. – Nie potrzebujemy jałmużny.
Oho. Bardzo opiekuńczy, czujny brat. Skye uśmiechnął się i nawet tego nie ukrywał, kiedy poczuł szczyptę nostalgii.
– Edward, oczywiście. Skye Walker – przedstawił się Skye dla formalności. Zerknął na Bulleta; ciekawe jak on miał na imię? – Chciałem tylko porozmawiać. – Wzruszył ramionami. Skye obserwował, jak Bullet wyciągał po kolei jedzenie z ewidentnym zadowoleniem. Wziął od niego colę, otworzył i wziął łyka.
– To nie jałmużna. – Skye zerknął na niego z ukosa. – Pomyślałem, że w areszcie go przegłodzili, więc tak przeproszę za całą sytuację. Po prostu zrobiłem więcej jak gotowałem obiad. – Wzruszył ramionami. – Jest tam nawet ciasto, które piekłem wczoraj – powiedział Bulletowi. – Tylko ma rodzynki, uważajcie, jeśli któryś z was jest uczulony.
Skye chwilę potem milczał. Obecność… Edwarda… trochę go rozstrajała, ale nie miał zamiaru, żeby mu to przeszkodziło. W czymkolwiek, co chciał zrobić. W co on się znowu wpakował…
– Serio chciałem tylko porozmawiać. – Położył bose stopy na ławce, podkurczając kolana pod klatkę piersiową. – Spróbować zrozumieć? Powiedziałeś w areszcie coś, co mi utkwiło w głowie i pomyślałem, że… jeśli jest coś, co mogę zrobić, by pomóc, to mogę spróbować to zrobić. – Położył głowę na kolanach. – Cokolwiek tu zostanie powiedziane i zrobione, tutaj zostanie.
– Nie głodujemy, a na pewno nie na tyle, żeby przyjmować jedzenie od bohaterów, którzy najchętniej widzieliby nas wszystkich z Zakazanego Miasta za kratami. – Edward zdecydowanym ruchem chciał wyrwać bratu pudełka. Bullet jednak musiał przewidzieć jego zagranie, bo niższy chłopak przeniósł się za te wielkie, silne plecy. Albo tak dobrze go znał.
– Nie głodujemy?! Mam ci przypomnieć o klopsikach, które zrobiłeś wczoraj? – Kiedy tym razem Bullet usiadł po drugiej stronie Skye, nie miał już torby w rękach. – Anne mu dała prosty przepis. Mięso ulep w kulki, podgrzej, zrób do tego sos i obierz ziemniaki, w takim maksymalnym skrócie. Zrobił te kulki, tylko, że wielkości swojej pięści. – Skye mógł zobaczyć, że to by były bardzo duże klopsy. – Spieczone na zewnątrz razem z brązowym sosem pomidorowym, a w środku zupełnie surowe. Żebyś ty widziała minę naszej mistrzynii, jak to dźgała pałeczkami. Nawet spróbowała. To był błąd.
Bullet zaczął się śmiać, zaś Gun zdecydowanie miał aż czerwone uszy z zażenowania.
– Gabriel! – Zgłosił wyraźny sprzeciw, choć ciężko było powiedzieć na co, bo przecież uprzykrzanie życia jest przywilejem brata.
– Zgodnie ze słowami naszego nowego przyjaciela, wszystko co tu zostanie powiedziane, zostanie między nami. – Kątem oka Skye mógł zobaczyć mrugnięcie od Bulleta do Guna. I zdecydowanie mógł też poczuć ramię, które zostało położone na oparciu ławki. Jeszcze nie obejmowało bohatera w przyjacielskim geście, ale dużo nie brakowało.
– Taki ze mnie bohater jak z bomby atomowej niegroźny, ładny fajerwerk – mruknął Skye pod nosem, patrząc na jakiś kamyk na ziemi, ale powiedział to na tyle głośno, że bez problemu można było to usłyszeć. Na wzmiankę Zakazanego Miasta uniósł jednak głowę. – A więc mieszkacie w Zakazanym Mieście? Hm. – Wyjął z torby pudełko z ciasteczkami owsianymi i wyjął jedno, podając pudełeczko Bulletowi. – Mój brat bardzo chciał się czegoś o nim więcej dowiedzieć, jak jeszcze widział… – wymamrotał, bardziej do siebie niż do nich, w myślach widząc przebłyski wspomnień Huntera sprzed tragedii, robiącego notatki i mapki, z nadzieją i wiarą w oczach. Mówił, że usłyszał, jak ciężko tam ze zdrowym jedzeniem i lekami, więc za punkt honoru postawił sobie wspomóc to miejsce, gdy będzie dorosły.
Jedno z wielu marzeń, których nigdy nie spełni. Przez niego, przez Skye’a. Westchnął ciężko, a potem patrzył na Bulleta, gdy ten opowiadał historię klopsów.
– Ale klopsy to jedno z najłatwiejszych do przyrządzenia dań? Skye zamrugał ze zdziwieniem, jakby wizja spierniczenia klopsów była dla niego czymś nie do wyobrażenia, a potem zaśmiał się razem z Bulletem.
– Gabriel. Nigdy bym chyba nie odgadł, że to może być twoje imię. – Na usta wpłynął mu uśmieszek, który szybko zniknął. – Nie będę oszukiwać i otwarcie powiem, że jestem ciekaw, jaki jest wasz cel. Po co byliście wtedy na tamtym przyjęciu albo jakim cudem ty znalazłeś się tamtego dnia w klatce w laboratorium, zamknięty jak pies albo królik doświadczalny. Kim jest wasz pracodawca i czemu się go tak boisz, Gabrielu. – Spojrzał na Bulleta, jego spojrzenie było otwarte i szczere. – Ale chyba najbardziej chciałbym zapytać… czy wiecie coś o Vized? – Upił łyk coli i kurczowo trzymał się nadziei, że czegokolwiek się dowie. Dla Huntera, żeby go chronić. Chociaż ten raz, ten jedyny raz, żeby to on mógł być jego tarczą, a nie na odwrót. – Nie musicie nic mówić, jak nie chcecie. – Dodał szybko, kręcąc głową. – W końcu nie po to głównie chciałem się zobaczyć.
– Nie są. – Edward odwrócił speszony wzrok.
-Są. – Zaoponował Gabriel. – Ale Edziu zwykle nie gotuje. Nie spodziewałbyś się, ale o wiele lepiej za to opatruje rany. Jest mega… – Tutaj musiał przerwać, bo brat chyba miał już dość naśmiewania się z niego, więc gdyby Bullet nie ruszył się z miejsca, mógłby skończyć z dziurą w klatce piersiowej od pięści. Teraz za to zażerał się ciasteczkami i oblizał kciuk z okruszków. – Sorry, a wracając do naszej słodkiej bobmy atomowej…
– Za dużo chce wiedzieć.
– Faktycznie dużo. Jeszcze co do największej łotrzycy, która pojawiła się w naszym mieście od złotych czasów. Czy jej gniew jest wart tych ciasteczek?
– Nie. – Odpowiedział bez zastanowienia Gun. – Nie wchodzisz na wojenną ścieżkę ze Skorpionami i ich nową szefową za żadne ciasteczka.
– Trudno się nie zgodzić. – Zastanowił się Gabriel. Skye mógł zobaczyć błysk w oku chłopaka. Stanął przed Skye, opierając się o bok brata, a jego dłoń powędrowała pod podbródek herosa. – Moja ty Atomówko… Jeśli chcesz informacji o Vized, udowodnij, że możemy ci zaufać.
Skorpiony?
– Mogę cię nauczyć. Gotowanie potrafi być przyjemne – zaproponował ze wzruszeniem ramion. Skye delikatnie i spokojnie zabrał rękę Bulleta ze swojej twarzy. Nie lubił, jak ktoś jej dotykał, za dużo razy oberwał w twarz od ojca. Ale oni nie byli jego ojcem.
– Daruj sobie ksywki – Przewrócił oczami. – I nie jestem twój, kuleczko.
Oczywiście, że nie było to takie łatwe. Równie dobrze już mógł się ułożyć w trumnie i czekać na pogrzeb, a mimo wszystko zapytał:
– Słucham.
– Może jeszcze nie, ale skoro chcesz BYŚMY – tutaj Bullet zerknął znacząco na brata, który tylko prychnął. – ci zaufali, ty musisz zaufać nam. Daj nam ten dobry przykład, Panie bohaterze. Pokaż drogę do światłości.
– Nie słuchaj go, to on chce ci pokazać drogę do upadku.
– Hej! Może i tak, ale przynajmniej będę przy tym uroczy. – Gabriel posłał Skye uśmiech nr 10, mógłby grać inkuba. – I zaproponuję randkę na dzisiejszy wieczór w postaci niezapomnianej wycieczkę po najbardziej strasznym, a zarazem pięknym miejscu, Zakazanym Mieście, gdzie żaden superbohater nie może czuć się bezpieczny. Więc jak będzie, zaufasz mi, że zadbam o ciebie… i twoje bezpieczeństwo w wężowym leżu?
Gabriel pochylił się do przodu w ukłonie, wyciągając dłoń w stronę Skye. Zaproszenie. Bardzo niebezpieczne zaproszenie.
– Czy ty przypadkiem nie mówiłeś, że to nie ma być randka? I co ważniejsze… zgłupiałeś do reszty?!
Niedowierzanie malowało się na twarzy Guna. Bullet syknął przez zęby wyraźnie poirytowany.
– Zmieniłem zdanie, a jak ci się nie podoba, to będziesz naszą przyzwoitką. A teraz cicho, bo psujesz moją rolę adwokata diabła, z którym się nie robi deali.
– Już mówiłem, nie jestem bohaterem. na pewno niezbyt dobrym, i na pewno nie z własnego wyboru. – Skye wzruszył ramionami. – chcecie mnie zabrać do Zakazanego Miasta? – uniósł brew w szczerym zdziwieniu.
Ach. dostanie za to wpierdol. albo od nich, albo od Verde i Exiles. Milczał chwilę, ważąc opcje, i nieważne, pod jakim kątem o tym myślał… katastrofa wisiała w powietrzu. – w porządku. – wstał z ławki, Powoli kładac swoje bose stopy na leśno-parkowej ściółce, Była przyjemnie chłodna. – długo nam to zajmie? jeśli nie wrócę tuż po siódmej najpóźniej, zaczną przeszukiwać całe miasto i okolice. Tak tylko uprzedzam.
– Do szóstej rano cię odstawimy, słowo harcerza.
– W Zakazanym Mieście nie ma harcerzy. Nie ufaj mu. – Skomentował Gun. Chyba bardzo mu zależało na tym, aby Skye im nie zaufał tak do końca.
– Nie psuj zabawy. Teraz nie wiem czy jeśli faktycznie go zdradzę to będzie przewidywalne czy nie. Ale skoczę tylko po torbę i możemy iść. – I tak jak powiedział, tak zrobił. Po mgnieniu oka stał z torbą wypełnioną żarciem od Skye. – Masz jakiś szybki transport, czy mam cię nieść jak księżniczka?
– To bardzo miłe z twojej strony, ale spokojnie sobie poradzę – powiedział i uniósł się nad ziemię. – dopóki was będę widzieć, nie będę mieć problemu. – wyszczerzył zęby.
– To leć za łuną, albo po prostu spotkamy się na rogu Miedzianej i Żelaznej w dzielnicy industrialnej. Postaraj się tylko wtedy nie rzucać za bardzo w oczy. Gotowy, Edziu?
– Nadal nie mogę uwierzyć, że właśnie pakujesz nas w te kłopoty. Dopiero co z aresztu wyszedłeś. Teraz za to chcesz nam na głowy gangi sprowadzić. Zobaczysz, zostawię was samych, jak w coś wdepniecie. – Gun położył bratu dłoń na barku.
– Nah, za bardzo byś tęsknił. – I faktycznie, gdy Bullet ruszył i pociągnął Guna za sobą, Skye mogła zobaczyć bardzo szybką łunę zlewających się kolorów. Pędziła do dzielnicy industrialnej, chyba odrobinę wolniej niż zwykle – możliwe, że dodatkowe obciążenie w postaci Edwarda utrudniała Gabrielowi bieganie.
Skye mruknął tylko pod nosem, wyjął z torby okulary przeciwsłoneczne i czapkę beanie, które po chwili na siebie włożył, po czym ruszył grzecznie za łuną. Jeśli chłopcy dotarli tam wcześniej, a zapewne tam było, on był paręnaście sekund po nich.
Dzielnica industrialna była zdecydowanie… Zaniedbana, a przynajmniej ta część. Budynki z czerwonej cegły wyglądały jakby zaraz miały się zawalić, a zdecydowanie były opuszczone na czas nocny. Jedynie przy jednym z trochę lepiej utrzymanych budynków paliła się lampa. Uchylone wielkie drzwi przesuwne nie zachęcały do wejścia. A i reszta ulicy była ukryta w ciemnościach i nienaturalnej ciszy. Łuna po zatrzymaniu wtopiła się w uliczkę i nie sposób było od razu zauważyć właścicieli.
Skye skojarzył tę okolicę. Był tu dawno temu, ale wydawało mu się ona znajoma. Pamiętał, jak kiedyś się tu zapuścił i ojciec go tu znalazł podczas jednej z jego kampanii… „Miasto dba o wszystkich swoich mieszkańców, wiceprezydent Walker zadba o nich lepiej” czy jakieś inne gówno. Kiedy zobaczył Skye’a, chłopak myślał, że ojciec wyjdzie ze skóry. Było całkiem zabawnie, kiedy był zmuszony udawać kochającego tatusia. Było znacznie gorzej, jak dojechali do domu. Ale czy było warto? Zdecydowanie. Dlatego Skye nie wydaje się być ani trochę zdziwiony albo zniesmaczony. Rozejrzał się tylko po okolicy i zastanowił, jak bardzo potrzebne byłyby mu buty. Stanął obok Gabriela i poprawił okulary.
Bullet prawie podskoczył z nagłego pojawienia się koło niego. Spojrzał na Skye, potem na brata.
– Myślisz, że przejdzie? – Gabriel wydawał się mocno nad czymś zastanawiać.
– Nie ma szans. Wygląda zbyt czysto i brakuje w nim desperacji. – Gun ruszył w stronę oświetlonego budynku. – Ty bullshitujesz.
– Damn. – Gabriel chwycił dłoń Skye i pociągnął ich za bratem. – Udawaj zagubioną duszę. Gun ostrożnie rozsunął bardziej drewniane drzwi i wpuścił Skye i Bulleta jako pierwszych, zanim zamknął za całą trójką. Przy wejściu nie było oświetlenia, a magazyn wypełniony skrzynkami wydawał się być zupełnie normalnym magazynem. Bullet krzyknął gdzieś w przestrzeń „Bill, to my, bliźniacy, odłóż Marge”. Jednak za drugim zakrętem labiryntu skrzynowego, na samym środku w świetle usytuowana była konstrukcja. W rogu platformy zaś na skrzypiącym bujanym fotelu siedział wielki jaszczur w stroju kowboja. Oczywiście, że w dłoni trzymał dubeltówkę, którą pieczołowicie pucował. Skye ponad cicho grające radio z muzyką country, mogła usłyszeć ciche narzekanie Bulleta „no i nie odłożył”. Gabriel puścił dłoń i w mgnieniu oka zbliżył się do jaszczuroludzia. Podniósł jego wielki kowbojski kapelusz.
– Cześć Bill. Spokojna noc?
Mężczyzna położył broń na kolanach i uniósł wzrok na Bulleta. Skye zbliżając się do nich mógł zobaczyć garnitur zębów.
– Nah, skorpiony wypełzły ze swojego leża, a duchy za nimi podążają. A i na arenie są dzisiaj monster trucki, więc miasto buzuje energią. Podobno szef Koboldów postawił dużą kwotę na ich uczestnika i zrobi wszystko żeby ten wygrał. – Bill zaśmiał się, po czym jego wzrok skierował się na Skye. – Cóż to za biedna zagubiona owieczka?
Skye cały czas trzymał głowę spuszczoną. wrócił do wspomnień z dzieciństwa, kiedy ojciec się na niego darł, a on jeszcze nie miał w sobie na tyle odwagi i buńczuczności, by choć trochę się sprzeciwić. chcieli zagubioną duszyczkę? Będą mieć biedną, lekko zastraszoną, zagubioną duszyczkę. dopiero, kiedy Bill się zwrócił do niego bezpośrednio, podniósł lekko głowę.
– Dobry wieczór – powiedział ciszej niz zazwyczaj, ale dalej wyraźnie i słyszalnie. – mam na imię Skye.
– Skye… – Garnitur zębów się powiększył. – Ale mam nadzieję, że to nie na stałe, Bullet. Bo kto raz tam zejdzie, to już nie wróci…
– Nieeee, jeśli się uda to tylko na jedną noc. Wiem, słabe miejsce na przechowanie osoby, ale… to jak, wajha w dół? Nasz gość jest trochę zmęczony.
– Taaaa… – Jaszczur odchylił się do tyłu na krześle. Otworzył komorę na naboje, upewniając się, że jest naładowana. – Ale nie… Znacie zasady. Żadnych bohaterów.
– Cooo? – Bullet udawał zdziwienie. – Skąd ten pomysł? Skye to zwykły chłopak, który szuka swojego miejsca.
– Aha. Oj, Margarette! Przynieś mi księgę bohaterów! Tom ze świeżynkami! I nie pomyl z agentami AEGIS! – Wydarł się w ciemność. W ciemności zaś można było usłyszeć jakieś niezadowolone pomruki i ktoś zaczął poruszać się w głębi. – Wiesz, że jakbyś zapaliła światło, to byłoby ci łatwiej znaleźć, złotko?! – Kolejne pomruki przeplatały się warknięciami. Ale po chwili cały magazyn okrył się światłem. Po kolejnych paru minutach pełnych muzyki country i bujanego fotela, zza skrzyń wyjawiła się humanoidalna postać szarego królika, w krótkich dżinsowych spodenkach i kraciastej koszuli. Podeszła z wielkim segregatorem, który prawie rzuciła na kolana Billa.
– Sam se go szukaj następnym razem.
Na szczęście dla niego zdążył odłożyć broń i oprzeć ją o fotel. Niespiesznie za to zaczął wertować wpięte w segregator strony, mrucząc coś pod nosem.
– Na każdym posterunku macie takie tomy? – Uniósł brew do góry Gabriel.
– Nah, inni wolą te nowoczesne komputery. Ja zawsze proszę by mi drukowali zdjęcia. Łatwiej mi zapamiętać zmiany, a te ciągle się dzieją.
– Taaa… – Bullet zaśmiał się nerwowo i spojrzał na brata. Uszy dziewczyny-królika za to zaczęły drgać i odwróciła głowę w stronę drzwi. Potem i inni mogli usłyszeć jak na zewnątrz podjechał jakiś wóz, a towarzyszyły temu pokrzykiwania ludzi.
– Głośni jak zawsze. – Skomentowała króliczka. Gun nie wytrzymał. Chwycił rękę brata i wyciągnął z niej jedyny pakunek, który był zawinięty w papier.
– Ciasto. Z rodzynkami. – Wepchnął królicy ciasto do rąk, na co ona warknęła, ale zaraz ucichła, gdy Bill zaczął się śmiać. Jaszczuroludź zamknął segregator.
– Dobrze, że ktoś pamięta jak się dba o strażników. Margarette, zjemy sobie jutro ciasto do herbatki. Odłóż na miejsce. – Podał dziewczynie segregator, a ta oddaliła się w labirynt skrzyń. Za to drzwi od magazynu otworzyły się i zaraz zamknęły. Mocne kroki zbliżały się nieubłaganie. – Stańcie z boku. Muszę sprawdzić naszych przybyszów.
Gun tym razem chwycił zarówno brata, jak i Skye i popchnął ich w róg platformy, zasłaniając ich własnym ciałem. Skye nadal mógł jednak widzieć, jak szóstka osób zbliżała się szybkim, bardzo pospiesznym krokiem do platformy. Dwójka z przodu miała przerzucone przez ramiona torby jak do siłowni – pierwszy, mężczyzna miał bardzo nieprzyjemny wyraz twarzy, może spowodowany przez szramę na policzku, druga, niższa dziewczyna, która prawie zatopiła się w swojej kurtce, wcale przyjemniej nie wyglądała, choć ona przynajmniej nie nosiła ciemnych okularów w nocy. Pozostała czwórka bardziej skupiona była na targaniu wielkiej skrzyni, którą rzucili na platformę. A każdy z nich ubrany był w czarną kurtkę, którą zdobił na plecach skorpion.
– Trochę delikatniej, co? – Prychnął jaszczuroludź. Odpowiedział mu mężczyzna z przodu.
– Sorry, mamy mało czasu, Bill. Załatwmy to szybko, mamy w skrzyni ciężki sprzęt, materiały wybuchowe, palniki i butle z gazem. Musimy je przenieść do naszej kryjówki. Jutro znikną z miasta.
– Oby. – Mruknął Bill, po czym pociągnął za wajhę, która była na słupie tuż przy jego fotelu. Podłoga zgrzytnęła, po czym platforma, która była windą ruszyła w dół.
Skye nie wyglądał na przestraszonego ani zaniepokojonego, patrząc na garnitur zębów. Bardziej martwił go pistolet, ale też nie dawał tego po sobie poznać. Gdy o nim rozmawiali o jego pobycie w tym miejscu, już otwierał usta, by powiedzieć coś w stylu „tak, jedną noc, uciekłem z domu”, ale po chwili stwierdził, że chyba jednak lepiej jest milczeć i zostawić wszystko Bulletowi. Gdy Bill wyciągnął tomiszcze i zaczął je wertować, zsunął trochę okulary z nosa, po czym spojrzał na Bulleta i Guna z niemym pytaniem, „jak bardzo mam przejebane?” Jednocześnie już tworzył w głowie historyjkę, dlaczego był w tej księdze i czemu nie powinno go tam być. Na jego szczęście (lub i nie) nagle zaczęło się dziwne zamieszanie, które wszystko przerwało. Wydał z siebie cichy odgłos zaskoczenia, gdy Gun go chwycił, zaciągnął gdzieś i zasłonił własnym ciałem. Lekko się wychylił, żeby z ukrycia obserwować, co się dzieje. A więc to były Skorpiony… Na cholerę im był cały ten sprzęt? W cóżeś ty się wpakował, chory pojebie, pomyślał Skye z goryczą. On to zawsze coś wymyśli…
Bullet jak się okazało był bardzo ciekawskim stworzeniem, bo zanim Gun zdążył przyblokować mu drogę, już stał przy przybyszach. Edward zmarszczył brwi, patrząc kątem oka na sytuację.
– Cześć, Danny, Lizzie, widzę, że się jakaś grubsza akcja szykuje. Czyżby wystawa kryształów? Wszyscy zdają się mieć chrapkę na ten wielki, żółty diament.
Nagłe pojawienie się Bulleta spowodowało spięcie mięśni u obu z przewodników. Ale po chwili rozluźnili się. Albo to był urok delikwenta albo też nie uznawali go za zagrożenie. To Lizzie się odezwała.
– Nie do końca akcja. Co prawda jutro na powierzchni będzie wybuchowo, więc szefowa kazała nam zabrać sprzęt w bezpieczne miejsce. – Wielkie oczy dziewczyny spoczęły na Gunie i kryjącym się za nim Skye. – Szczęście w nieszczęściu cię spotkała, dziecino. Zakazane Miasto jest najbezpieczniejszym i najniebezpieczniejszym miejscem jednocześnie, ale jutro to będzie arma…
Danny zakrył dziewczynie usta, sycząc „bardziej nie możesz rozdziawać tej gęby?”. Reszta skorpionów zachihotała w ewidentnym rozbawieniu. Danny zsunął okukary, ukazując znudzone lub też zmęczone spojrzenie. A może jedno i drugie. Ale przynajmniej on nie taksował Skye swoim wzrokiem, zwrócił się za to do Guna.
– Wy nadal neutralni, chłopaki? – Na kiwnięcie głowy kontynuował. – Nie wychodźcie jutro na powierzchnię. Jeśli faktycznie dojdzie do bitki, będą naziemców ewakuować.
– Och, to dlatego sprzęt przenosicie. – Pokiwał głową Bullet. – Ta wasza nowa szefowa… To jaka ona jest i skąd wie, że jutro będzie armagedon?
Lizzie ugryzła kolegę w dłoń, na co on odpowiedział wysokim piskiem i zabraniem ręki z nieprzychylnym spojrzeniem na dziewczynę. Kolejne chichoty wypełniły szyb windy, która powoli zjeżdżała coraz niżej i niżej.
-Jest mega! Jak Vized za pierwszym razem wpadła do naszego leża! Żebyś ty ją widział! – Lizzie zdecydowanie była jej fanką, bo aż wypieki pojawiły się na jej policzkach. – Pięć sekund! Tyle wystarczyło, aby nasi zwykli członkowie leżeli u jej stóp. Wyglądała jak królowa. A potem, gdy miała pod butem Harrego. Harry jej przez to nienawidzi, ale ja uważam, że to love-hate relationship.
„Tylko niech Harry nie usłyszy, że ich fangirlujesz, to cię na strzępy rozerwie” podrzuciła reszta skorpionów, tym razem śmiejąc się do rozpuku.
– Zamknąć japy, bo was strzelę, kretyni! – Warknęła, po czym zwróciła się z powrotem do Bulleta. – Vized ma swoje plany i nie interesują jej te świecidełka z wystawy. W odróżnieniu od was. Słyszałam, kto był dzisiaj na dołku, Bullet. – Uśmiechnęła się wrednie. – Sprzedajecie informacje czy sami robicie napad?
Bullet zerknął na brata, jakby szukając odpowiedzi i najwyraźniej ją otrzymał.
-Sprzedamy, pewnie Koboldom, bo podobno oni coś szykują na samą aukcję. Nie ma tam niczego, co by nas interesowało.
– Raczej tę kobietę, co ostatnio macie u niej plecy. – Mruknął Danny i Bullet już ewidentnie chciał coś odpowiedzieć, ale winda opuściła szyb. Mrok szybu zastąpiła ciemność jaskinii. Ale ta zaraz uciekła przed stropem, który mienił się fioletowymi rozbłyskami oraz podłożem rozświetlanym ciepłymi światełkami, które wyglądały jak dywan pełen świetlików. Co poniektóre większe budowle, które majaczyły w dole były lepiej rozświetlone i wydawały się wyspami na czarnym morzu.
Skye słuchał rozmowy w ciszy i czuł jak z każdym słowem coraz bardziej napinają mu się mięśnie napinają, i oddychanie stało się jakoś takie trochę trudniejsze… I co on ma teraz zrobić, co? Obiecał, że nic nie powie, ale… to nie jest coś, co mówił Bullet i Gun. Czy w takim razie obietnica dalej obowiązuje? Ale jak wyjaśni, skąd to wie? Po chuj on się zgadzał tu przyjść?! Wybuchy. Armageddon. I to chyba nie były na próżno użyte słowa. Cywile. Cywile mogą być w niebezpieczeństwie. Hunter. Hunter.
– Co macie na myśli, mówiąc armagedon? I że będzie wybuchowo? – zapytał szybciej niż pomyślał. Jego głos lekko zadrżał, ale trudno było to wychwycić. Nieważne, jakie będzie to miało konsekwencje, musi upewnić się, że Hunter będzie bezpieczny. Przy okazji będzie mógł się przyszykować psychicznie na to, co może się stać. Ale to zmartwienie na potem.
Wzrok zgromadzonych zwrócił się ku młodemu bohaterowi. Jedynie kowbojski kapelusz dalej był pochylony, a dubeltówka spoczywała na kolanach.
– Spokojnie, dziecino. Niedługo stracisz poczucie, że jesteś naziemcą i nie będzie cię obchodzić ich los, tak jak nasz los jest obojętny im. – Lizzie pokiwała głową.
Znudzony wzrok Danniego przeniósł się w stronę miasta, które z daleka wyglądało magicznie.
– Chyba wszyscy słyszeli, że Scion rozwiązał Mistrzów Cudów. Wbrew pozorom to nic nie zmienia, on dalej będzie solował, Boski Miecz dalej będzie poza Halcyon City, a Panaceum… Hm… Jest szansa, że znajdzie nową drużynę, bo kto by nie chciał mieć supersa, który leczy… Ale podczas konferencji Scion oznajmił, że nie spocznie póki nie dorwie naszej nowej szefowej. A jeśli czegoś się o niej dowiedziałem, to to, że uwielbia wyzwania.
– To i chce się wyżyć na Scionie, bo podobno Panaceum jej nakłamał w jakiejś sprawie. Jak się o tym dzisiaj dowiedziała. Noga, ręka, mózg na ścianie. Tylko Harry mógł do niej podejść, ale tylko z 3-metrowym kijem! – Zawołał wesoło jeden ze Skorpionów. Danny mruknął ze zmęczeniem.
– Tylko Harry wie co ta wariatka chce zrobić. Ale jeśli… – chwilę szukał słowa. – pójdzie 1na1 i dotrzyma Scionowi kroku, to dobrze dla Skorpionów, bo nowa krew uwielbia silnych przywódców. A jeśli padnie… Tym lepiej dla Harrego, bo odzyska Skorpiony.
– Nie chodzi o mnie i jebać ich wszystkich – powiedział pospiesznie Skye. – Ale mój brat… – zawahał się, ale tylko na sekundę. – Mój brat jest naziemcą. Ja musiałem uciec z domu, ale on… Powiedzcie chociaż gdzie, żebym mógł dopilnować, by nie było go w okolicy, by był bezpieczny. Skye starał się śledzić rozmowę najlepiej jak potrafił i zrozumieć jej sens, ale trudno mu było wszystko dobrze przyswoić, nie do końca mając jak przypisać imiona do twarzy i zdarzenia, o których nie słyszał. Miał jednak wrażenie, że właśnie zdobywał wiedzę tajemną, która może go kosztować życie.
W historii Danna brakowało jakieś elementu i Skye to czuł. Ale teraz, gdy niebezpieczeństwo zawisło nad głową jego brata, nie wydawało się to takie ważne. Mężczyzna już zdawał się chcieć coś odpowiedzieć, ale jaszczuroludź krzyknął „uwaga na nogi” i po sekundzie platforma przeszła przez kolejny szyb, gdzie tym razem wszystko było dobrze oświetlone. Winda opadła niedelikatnie na dno i mniej przygotowani mogli się zachwiać. Mocne światło gryzło w oczy i trzeba się było chwilę przyzwyczaić. Ale Skorpiony, mając więcej doświadczenia, jak tylko barierki zabezpieczające opadły, zaczęli się zbierać.
– Ruszać te zadki. Szef powinien być na placu transportowym. A my jesteśmy ostatnią grupą i jak nie dostarczymy mu sprzętu, to nas wrzuci do dziury.
Skorpiony zajęczały boleśnie, ale podniosły ciężką skrzynię i ruszyły do wyjścia. Lizzie zaczęła za nimi wesoło skakać z ciężką torbą obijającą się jej o plecy.
– Bye bye! – Pomachała wesoło. Danny jeszcze zatrzymał się na chwilę.
– Nie wiem. Cokolwiek Vized chce zrobić, Skorpiony mają własne zmartwienia… Ale mówimy o Scionie, to nie jest bohater, który pozwoliłby na skrzywdzenie niewinnych. A i Vized nie wydaje się być skora do narażania niepotrzebnie ludzi, chyba że ma to jakiś wyższy cel.
Nie czekał na odpowiedź, tylko ruszył za swoimi ludźmi.
Skye był jednym z tych mniej przygotowanych, więc niezgrabnie poleciał na Guna, chwytając się go kurczowo, by nie zaliczyć gleby, a potem w duchu poklepał się po ramieniu za okulary przeciwsłoneczne. Patrzył na Danny’ego z wyczekiwaniem na jakiekolwiek informacje; jego myśli krzyczały tylko Hunter Hunter Hunter. Kiedy Skorpiony zaczęły odchodzić, prawie wyrwał się do przodu, by zmusić ich do odpowiedzi. Albo żeby wymusić spotkanie na tym całym Harrym, który podobno to tak dobrze znał łajzę. Chłonął każde słowo Danny’ego jak spragniony wędrowiec na pustyni, ale nie dostając konkretów, czuł tylko narastająca bezsilność i malutkie kolce strachu, które zaczęły się powolutku piąć wzdłuż jego kręgosłupa.
– Czekaj, to nie może być wszys— Ale Danny go już nie słuchał, spiesznym krokiem idąc przed siebie i nie zwracając już na Skye ani bliźniaków uwagi. Skye zaklął soczyście i przez jego ciało przeszło parę płomyków i błyskawic wściekłej bezsilności.
Gun spojrzał w dół na chłopaka, który się go złapał. Wydawał się być spięty, ale nie powiedział nic, dopóki Skorpiony nie zniknęły.
– Chcesz wracać? – Jego głos był chłodny, jakby nie dowiedział się właśnie, że bitwa dwóch supersów może się źle skończyć dla miasta.
– Co? Przecież noc się dopiero zaczyna. – Zaaponował Bullet, po czym uśmiechnął się przebiegle. – Poza tym… Skye zawsze może poszukać Vized lub Harrego na mieście.
– Zczerniał ci mózg do reszty? Harry rozerwie nas na strzępy. Mam ci przypomnieć, kto na jego ogonie przywiązał kokardę, z którą latał cały dzień?!
– Skorpionom się to bardzo podobało. Nadal mają zdjęcia. – Uśmiechnął się niewinnie Gabriel.
– Sorry – rzucił Skye i od razu się odsunął. Spojrzał na Guna. – Nie, zajmę się tym rano, poproszę znajomą o pomoc. Może przeniesie Huntera… w piekielnie bezpieczne miejsce. – Oczy mu się lekko rozszerzyły. Petra mogłaby to zrobić i gdyby ją poprosił, to na pewno mu pomoże. Będzie pewnie chciała wyjaśnień, ale… Znowu, zmartwienie na później, Skye widocznie się uspokoił. -Jeśli Vized mnie zobaczy, to może się to skończyć źle dla mnie jak i dla was. Nie mam zamiaru nikogo narażać. – Wzruszył ramionami. – To kim jest Harry? – zwrócił się do Bulleta. – I gdzie mnie zabierasz?
– Na wycieczkę po najcudowniejszych zakątkach Zakazanego Miasta. – Prawie że teatralnie wskazał drogę do wyjścia z tej jaskinii. Na to zaczął się śmiać Bill, skrzypiąc bujanym fotelem.
– Toż lepiej wysypisko mu pokaż. – I śmiał się tak, aż zaczął się krztusić i Gun musiał silną ręką poklepać jaszczuroludzia po plecach. – Ugh… A mówią, że śmiech to zdrowie.
– Będziemy wracać tak o szóstej, do zobaczenia staruszku. – Bullet chwycił Skye znów za rękę i zaczął ciągnąć w stronę wyjścia.
– Nie jestem stary, smarkaczu! – Oburzył się Bill. – A to nie jest wasza prywatna winda. Najlepiej określić wyjście z jaskinii jako wejście do drugiej. Tylko tej wielkiej, gdzie sufit wyglądał jak kosmiczne nocne niebo, a sznury papierowych latarnii oświetlały słabym światłem ścieżkę schodami w dół.
– O pierwszej w nocy zaczynają się nocne monster trucki, to mamy chwilę, więc, włamujemy się do ogrodu czy chcesz zobaczyć targ? O piątej puszczają wodospad. I już miał zacząć ciągnąć Skye w dół, gdy ten nagle został chwycony przez silne dłonie i został usadowiony jak lalka na szerokim ramieniu Guna.
– Chcesz, żeby sobie stopy rozharatał? Tu nikt nie chodzi bez butów.
Skye chłonął wszystko łapczywie wzrokiem. Mimo, że określane slumsami i o niezbyt dobrej renomie, wszystko miało jakiś taki… dziwny urok. Niebezpieczną magię. A Skye lubił i niebezpieczeństwa, i magię.
– Monster trucki nie są dla mnie aż takim must-have – powiedział Skye, dając Gabe’owi ciągnąć się za rękę. – Możemy więc zobaczyć i ogród i targ? Brzmi bardziej interesująco. Zwłaszcza ogród, cokolwiek to jest, skoro trzeba się do niego włamywać.
Skye wydał z siebie cichy, zduszony dźwięk zdziwienia, gdy został porwany przez Guna. Wszyscy zawsze mówili mu, że jest na swój sposób wielki, ale przy tym chłopaku czuł się jak wykałaczka. Dość mała wykałaczka.
– Serio jest aż tak źle? – Spojrzał w dół. – Mogę sobie utwardzić stopy, to nie problem, bardzo często to robię. Albo założyć buty, mam w torbie. Zawsze je noszę na wszelki wypadek, choć nienawidzę ich nosić. – Zamajtał nogami i trzeba przyznać, że wyglądał przy tym dość uroczo, jak na Skye’a.
– Mogłeś wcześniej powiedzieć. – Sarknął Gun. – Trochę zależy. Z wysypiska ludzie i supersi zbierają wszystko co można dać do skupu, ale przez dość częste burdy na głównych ścieżkach jest masa rozbitego szkła i zardzewiałego żelastwa. A schody bardzo często to ostre kamienie. – I już Gun miał odstawiać z powrotem Skye, skoro ten miał jednak buty, ale w powietrzu uniósł się donośny głos Bulleta.
– Ani mi się waż! – Edward uniósł brew i nagle rozbysnął flesz od aparatu. – Wyglądacie tak uroczo. – Skye ciężko by było to zauważyć, ale twarz najwyższego z chłopaków poczerwieniała. – I z twoich ramion Skye będzie mieć lepszy widok.
– To nie miała być twoja randka? – Gun wycedził przez zęby.
– Moja? Nie przypominam sobie. A teraz chodźcie, zgłodniałem. – Oznajmił i zaczął zeskakiwać po schodach. Edward westchnął i ruszył za bratem.
– Mogłeś wcześniej zapytać – odrzucił bez sekundy zastanowienia Skye, ale mruknął, kiedy Gun mimo wszystko spokojnie tłumaczył. Skye mruknął cicho, a potem rzucił mimochodem: – Dobry z ciebie przewodnik, Gun. Lepszy niż z Bulleta, to na pewno. – Na jego twarzy pojawił się uśmieszek. Skye nie spodziewał się zdjęcia, więc jego mina musiała być warta tysiąc dolarów. Jego wargi zacisnęły się w wąską linię i nie wyglądał na zadowolonego. -Słowo honoru, Gabrielu, rozsmaruję cię na ścianie. A jeśli to zdjęcie ujrzy światło dzienne, to zrobię to, paląc żywcem.
Ale prawda była taka, że faktycznie widok był o wiele lepszy. I było całkiem wygodnie.
– Szybko mnie porzucasz. – Przewrócił oczami Skye. – Wiedziałem, że tylko sobie ze mną pogrywasz… Ach, co za los…
– Ha, tylko jeśli mnie złapiesz. A teraz już nie dam ci się tak łatwo. – Prawie, że zaśpiewał Bullet.
– O ile go nie zabijesz, mogę ci odstąpić braciakowe prawo do rozkwaszenia mu mordy.
– Hej! I jestem świetnym przewodnikiem jakby co. – I jak widać nic sobie nie robił z gróźb rzucanych w jego stronę. – Zapraszamy więc na wycieczkę. Znajdujemy się obecnie w urokliwym, acz niebezpiecznym Zakazanym Mieście. Ok. 8 km poniżej morza. Jak można odczuć, klimat mamy tutaj umiarkowany. W lato jest przyjemnie chłodno, w zimę dość ciepło, aby nikt nie zamarzł. Zakazane Miasto powstało ok. 400 lat temu w wyniku porzucenia kopalni. Od tamtej pory było miejscem zbierania się wszelkich wyrzutków społecznych i przestępców ukrywających się przed prawem. Przez te 400 lat nic się w tej kwestii nie zmieniło. Pierwszy przystanek, główny targ, zawsze otwarty, zawsze pełen ludzi.
– Mówisz tak za każdym razem – zaśmiał się Sky, po czym zwrócił się do Guna. – Nie mam zamiaru nikogo zabijać. Wyjątek stanowi sytuacja, kiedy ktoś chciałby skrzywdzić mojego brata. Wtedy nie miałbym skrupułów. – Wzruszył ramionami. Skye z zaciekawieniem rozglądał się po okolicy, i chyba z jeszcze większym obserwował ludzi. Z targu dobiegał harmider, setki głosów zbite w jedno, mnóstwo zapachów, muzyka, światła. W tym momencie cieszył się, że siedział wygodnie na ramieniu Edwarda, przynajmniej nie musiał nikogo dotykać.
– Trafiłeś na całkiem dobry moment, od kiedy Vized przejęła Skorpiony i zaminowała magazyny innych frakcji, to te siedzą… spokojniej, bo na pewno nie ciszej, ale przynajmniej nie dochodzi do walk na ulicach. Teraz wszystkie spory zostały przeniesiono oficjalnie na arenę. A i o to ona w pełnej krasie. – Jak się okazało ta przypominała koloseum, tylko zrobione ze wszystkiego co popadnie i zdecydowanie niższe. Ale wokół areny była jak widać główna ulica targowa, a w pobliżu i plac. Pomimo, że światła prowizorycznych lub krzywych latarnii dawały słabe oświetlenie, mieszkańców było mnóstwo. Bullet na chwilę podbiegł do stoiska z wystawionymi dziwnymi szaszłykami. Widać było jak się targuje, ale gdy wrócił z trzema patykami, podał Skye przysmak, którym okazał się być pieczony szczur na patyku. – Tylko nie jedz ogona.
– Całkiem… imponujące – stwierdził Skye mimochodem, patrząc na „koloseum”. wziął szczura, powąchał i ugryzł kawałek. – w Afryce zupełnie inaczej smakują – mruknął. – nie, że lepiej czy coś, inaczej; pewnie przez przyprawy. a ogony się odcina i dodaje do wywaru na zupę. – nie, żeby kogokolwiek to pewnie interesowało,. no ale… – hej, a mógłbym poprosić o coś do picia? – uśmiechnął się uroczo i ładnie, oczywiście, że przerysowanie, ale o to tu chodziło.
– To… Nie jest najlepszy pomysł, ale zobaczę co da się zrobić. – I zniknął w tłumie. Edward już zdążył zjeść swojego szaszłyka.
– Czego chcesz wiedzieć? – Zapytał Skye.
– Czym jest ogród, na przykład. Nikt mi nie odpowiedział. – Skye poprawił się na jego ramieniu i spojrzał na niego, biorąc kolejnego gryza – Nie uwieram ani nie ciążę ci za bardzo?
– Nie. – Edward zaczął iść w bliżej nieokreślonym kierunku. – Ogrodem rządzi matrona, a ona syrenami. To jedno z nielicznych zielonych miejsc tutaj. Jeśli nie jedyne, tu nie ma słońca. Syreny nie znoszą mężczyzn, więc jak was tam złapią, to możesz się pożegnać z juniorem.
– Wow. – Skye patrzy na Guna z szeroko otwartymi oczami. – To chyba najbardziej zajebista rzecz, jaką słyszałem i jaką zobaczę. Omijając zobaczenia piekła. Prawdziwego piekła. – Dodaje szybko. – Ach tak? – Uśmiechnął się. – O mnie się nie musisz martwić. – Poklepał Edwarda po głowie. – Są tu jakieś szkoły? Szklarnie? Bo chyba nie żywicie się tylko szczurami, owoce i warzywa są ważne… – Patrzy na swoją torbę i już do niej sięga, ale stwierdza, że taktownie byłoby zapytać: – Mogę naszkicować targ?
– Jeśli tak uważasz. Syreny to nie potwory tylko normalne kobiety. I nie wiem kto chciałby zobaczyć piekło, skoro mamy je już na ziemi. Szkoły są, szklarnie poza ogrodem nie, chyba że jakieś pojedyncze. – Skye mógł poczuć wzruszenie ramion. – Nikt ci nie zabroni. Chcesz go rysować z jakiegoś konkretnego punktu?
– Syreny z mitów to też nie potwory. – wzruszył ramionami. – kurczę, to musi być u was słabo z warzywami. muszę pamiętać, żeby czasem wam je podrzucić albo co… – podkurczył jedną nogę, opierając stopę o ramię Guna, wyjął szkicownik i zaczął robić szybkie szkice. – nie, tak jest okej, dzięki. – znowu poklepał go po głowie. rysował stragany, ludzi, krajobraz w oddali
Gabriel wrócił z butelką (nie oryginalną) czegoś co przypominało napój sodowy, ale zostawiało takie mrowienie na języku i było mega kwaśne. „wodę większość osób albo sama filtrowała w domu, albo poddawała specjalnemu uzdatnianiu i wtedy kończyło się z takimi smakami” – jak wytłumaczył. A potem i tak zaciągnął Skye i Guna na monster trucki, bo jak się okazało to nie o nie chodziło, a raczej o liderów gangów, którzy często obserwowali arenę. Dzisiaj w loży dla VIPów rzucał się jakiś czerwony jaszczurowaty knypek, Red Baron, przywódca Koboldów, oraz kobieta o zakrytych włosach i oczach, Matrona. A z tyłu, opierając się o filar, była nie kto inny niż Vized.
Skye chłonął wszystko, co pokazywali mu bracia, robiąc szybkie szkice. nie odważył się robić zdjęć, ale szkice były wystarczające. podczas monster trucków nachylił się do bliźniaków i poprosił cicho:
– Opowiedzcie mi o tych przed Vized. i powiedzcie mi, co oni tu robią? Są dla rozrywki, jest w tym jakiś większy cel? Jest tu wasz… szef?
Nagle Skye przypomniał sobie, że wspomniał o warzywach i owocach. jak najbardziej miał plan (jeśli przeżyje i bliźniacy będą do niego nastawieni pozytywnie), żeby je im przemycać. wiedział już, jak tu trafić, wiedział, jak się poruszać, ale… -pokażecie mi, gdzie mieszkacie?
Gabriel pociągnął przez słomkę równie paskudny napój, co Skye wcześniej pił.
– Hm… Często przywódcy gangów się pojawiają na walkach czy monstertruckach. Po to, żeby zobaczyć co robi konkurencja, zawiązać szojusze, pokłócić się pomiędzy sobą. Talskin raczej nie wpada, częściej wysyła Mindwalkera, ale jeśli wysyła, to znaczy, że coś się dzieje. – Właśnie dwie wielkie maszyny ścierały się na torze. – Red Baron, przywódca Koboldów, przyjmują tylko osoby o humanoidalnych, ale nie ludzkich kształtach. Koboldy uwielbiają złom, a jeszcze bardziej maszyny. O Matronie już mówiliśmy, Syreny są najspokojniejszą grupą, ale to nie znaczy, że chcesz z nimi zadzierać. Ale i tak tam pójdziemy Edward odpowiedział za to bardzo krótko.
– Nie i nie.
– Talskin? – Skye przekrzywił głowę. Obserwował przywódców z zaciekawieniem oraz ludzi dookoła nich. – Hmmm, rozumiem… – Nachylił się tak, żeby jego twarz był przed twarzą Guna. – No weź, muszę wam jakoś przemycać warzywa, owoce i moje obiady! Inaczej nie da mi to spokoju i będę się martwić… – Tak, miał obsesje na punkcie dobrze odżywiających się znajomych, najlepiej odżywianych jego jedzeniem.
Skye widzi, jak na dopytywania o ich dom, Gabriel przygryza wargi. Ta niby randka musi być dla niego całkiem ważna. Może gdyby tym razem Skye zaprosił Bulleta… I to nie do aresztu, to miałby szansę na pogłębienie ich znajomości. Edward za to pomimo, że wydawał się być wycofany emocjonalnie, to nie wyglądał na zestresowanego obecnością Skye. Tak bliską obecnością.
– Możesz dzwonić po nas. Doskonale wiesz, czemu tam cię nie zabierzemy i o ile nic ci się nie stanie, nie ma potrzeby by cię zaprowadzić do naszego lokum.
– W porządku. Wymienimy się numerami? – Skye odpuścił. Życie tutaj nie było na pewno łatwe, więc możliwe, że temat domu może być wrażliwy. Zapewne chłopaki mieli też kogoś, kogo chcieli chronić. Albo przed kim chcieli chronić Skye’a. – W sumie to… dzięki. Bardzo dobrze się bawię. – Sam się zdziwił tym stwierdzeniem. Przyszedł tutaj, oczekując noża w plecy (który możliwe, że tam trafi), ale udało mu się całkowicie rozluźnić. Naprawdę dobrze się bawi. Jest zafascynowany tym miejscem, chciałby je zwiedzić bardziej. – Co powiecie na kino i jakieś fajne jedzenie pod koniec tygodnia? Ja stawiam. – Uśmiechnął się do nich.
Gabriel już miał odpowiedzieć, gdy Edward zakrył mu usta.
– Raczej będziemy zajęci. – Mruknął, unikając wzroku. Bullet jednak się wyrwał.
– Że co? Przecież nie robimy skoku w sobotę… – Uniósł brew. – Chyba że ja o czymś nie wiem… Ja o czymś nie wiem!
Gabriel wstał. Normalnie ciężko by było zagłuszyć zarówno tłum jak i samochody, ale wielkie ciężarówy akurat miały na chwilę przerwę, więc ludzie spoglądali się na trójkę nastolatków, czy może tutaj nie dojdzie do rękoczynów.
– Hej, hej. – Skye zeskoczył z ramienia Guna i stanął między chłopakami. – Może być piątek. Może być niedziela. Może być za dwa tygodnie. Gabe, podasz mi swój numer telefonu? – Wziął głęboki oddech i się zawahał. Czemu on to w ogóle robi? Czemu mu zależy? – I… to zabrzmi debilnie, wiem, ale czy nie możecie… czy jest coś, co mogę dla was zrobić, żebyście nie musieli się ładować w tego typu kłopoty? Nie musicie tego robić. Chyba, że autentycznie chcecie i to lubicie, ale… to nie musi tak wyglądać. Właśnie sobie kopał dołek na trumnę, prawda?
Skye mógł poczuć na sobie wzrok, jakby szpilki uwierała go pod skórą.
– Idziemy. Teraz. – Gun chwycił pozostałą dwójkę i jak dwa worki ziemniaków zaczął ich wynosić po pachami. Na szczęście nikt nawet nie śmiałby ich zatrzymać. Gabriel ewidentnie niezadowolony z takiego traktowania, wykręcał się, zanim wyłowił telefon. Po czym zaczął go czytać Skye.
– Ja robię rzeczy głównie dla fanu, zaś ten goryl dla poklasku… – Chyba goryl się zdenerwował, bo Bullet jęknął nagle, ale potem kontynuował. – więc nie, nie musimy tego robić.
Skye nie bardzo się wyrywał, dał Gunowi tylko jednego kuksańca, ale poza tym był grzeczny. I pewnie był debilem, gadając przy ludziach to, co gadał. Nieważne. Wprawnie wprowadził numer Bulleta do swojego telefonu, wpisując go jako Gabe, po czym puścił mu strzałkę i się do niego wyszczerzył. (Strzałka nie powinna dojść – Katsuko)
– Pytanie: czy chcecie? – Jego twarz była poważna. Gdy patrzył na Guna, była zacięta i lekko poirytowana, a potem skierował spojrzenie na Bulleta i jego ekspresja była już łagodniejsza. Założył ręce na piersi. – Jeżeli chcecie, jeżeli tak właśnie pragniecie żyć, to nie mam prawa namawiać was do zmiany. Mogę tylko prosić, żebyście na siebie uważali i żebyście w miarę możliwości nie robili rzeczy, przez które będę musiał was próbować łapać. Ale jeśli odpowiedź brzmi „nie”… – Westchnął ciężko. – To naprawdę jestem gotów zrobić wiele, żeby wam pomóc i was z tego jakoś wyciągnąć. Więc jak? – Zdjął okulary i jego spojrzenie już całkowicie złagodniało, kiedy patrzył się na braci, żywioły tańczyły w jego oczach, przeplatając się i mieniąc.
Gun postawił dwójkę, a raczej postawił Bulleta i wziął Skye w stylu panny młodej.
– To nie jest takie proste. Ale skoro Matrona jeszcze siedzi na arenie, to dobry czas, żeby odwiedzić ogród.
I tam też ruszyli. Jak się okazało ogród był wielopoziomowym systemem jaskiń, z odpowiednio poprowadzonymi korytami melioracyjnymi. Na tym poziomie, co Bullet ich zabrał (Gun wolał zostać poza ogrodzeniami) był w dużej mierze sad. O tyle mniej przypominał te naturalne ze względu na dokładne rozmieszczenie drzew i wąskich koryt z wodą. Było tu bardzo cicho i jedyne światło pochodziło z fluoroscencyjnych grzybów, porastających zarówno ściany jak i podłoże.
(I potem Petra teleportowała się do Skye)