Nastoletnie Dramy Superbohaterów

Nocne spotkanie Skye i Bulleta… oraz Guna [Skye]

Dobija 23-cia. Skye już zapewne z motylkami w brzuchu czeka na spotkanie, które sam wyznaczył. To się właściwie nie godzi. Bohater spotyka się z pospolitym łotrzykiem… bo nawet złoczyńcą Bulleta ciężko nazwać. To raczej gagatek, który szuka uwagi dorosłych. Czy Skye może mu pomóc? Czy może sprowadzić go na dobrą drogę? Ciszę w parku przerywa odgłos kroków na brukowanej ścieżce i gniecionej trawy. Towarzyszy im rozmowa. Podekscytowana, zdecydowanie zbyt głośna na tę noc.
– Mówiłem, że nie musisz ze mną iść.
-Jak ostatnim razem widziałeś się z tym strachem na wróble z Exiles, to trafiłeś do aresztu.
Pierwszy głos jest zdecydowanie znany Skye. Drugi, niekoniecznie, ale jego właściciel jest na tyle wysoki, że w świetle lamp dobrze go widać nawet nad krzakami. Bez kostiumów Bullet wygląda jak zawsze. Wydaje się wątły, o czarnych włosach do ramion, które jeszcze bardziej wydłużają rysy jego twarzy. Gun zaś z potężną posturą jak u niedźwiedzia i jeszcze groźniejszym wzrokiem bardziej przypomina już mężczyznę… choć obaj są w tym samym wieku. To dopiero jest różnica u bliźniaków dwujajowych.
– Nie zapraszałby mnie na randkę, tylko po to aby znów mnie złapać.
Warknięcie ze strony Guna pasowało do jego niskiego, wręcz zachrypniętego głosu.
– To nie jest kurwa randka. On chce cię wybadać, a potem użyć tego przeciwko tobie.
– Nie znasz go… – Słaba obrona Bulleta została od razu storpedowana.
– Ty też nie. Spotkałeś go trzy razy w życiu. Trzy. I na litość boską, spróbuj coś zdradzić odnośnie jakichkolwiek planów, a… ona cię zamorduje i ten jeden kurwa raz na to pozwolę.
– Będziesz tęsknić za mną, zobaczysz. – Bullet zaśmiał się, gdy znalazł wzrokiem ławkę. Odpowiedziało mu tylko mruknięcie.

Bullet zdecydowanie zamierzał wyciągnąć rękę w stronę Skye, ale potężne ramię brata zagrodziło mu drogę.
– Edward. – Poprawił go Gun. – Nie będę używać mojej ksywy po cywilu. Czego chcesz od mojego brata?
Bardzo szybko przechodził do rzeczy. Bullet zaś nic sobie nie robił z nadopiekuńczości, bo nim ktokolwiek mrugnął, już siedział przy Skye i zaglądał do torby.
– Och, to słodkie, Edziu, szlachetna paczka z obiadem. – I nic sobie nie robił z syknięcia brata „zostaw to debilu, pewnie jest tam pluskwa albo jakaś trucizna”. Bullet sięgnął po puszki coli, po czym otworzył obie, podając jedną do Skye. – Nie przejmuj się nim, nie wypiłby nawet łyka tej coli, bo jest pieprzonym paranoikiem.
– Ten paranoik utrzymuje cię przy życiu. A ty. – Znów zwrócił się do Skye, patrząc na niego spode łba. – Nie potrzebujemy jałmużny.

– Nie głodujemy, a na pewno nie na tyle, żeby przyjmować jedzenie od bohaterów, którzy najchętniej widzieliby nas wszystkich z Zakazanego Miasta za kratami. – Edward zdecydowanym ruchem chciał wyrwać bratu pudełka. Bullet jednak musiał przewidzieć jego zagranie, bo niższy chłopak przeniósł się za te wielkie, silne plecy. Albo tak dobrze go znał.
– Nie głodujemy?! Mam ci przypomnieć o klopsikach, które zrobiłeś wczoraj? – Kiedy tym razem Bullet usiadł po drugiej stronie Skye, nie miał już torby w rękach. – Anne mu dała prosty przepis. Mięso ulep w kulki, podgrzej, zrób do tego sos i obierz ziemniaki, w takim maksymalnym skrócie. Zrobił te kulki, tylko, że wielkości swojej pięści. – Skye mógł zobaczyć, że to by były bardzo duże klopsy. – Spieczone na zewnątrz razem z brązowym sosem pomidorowym, a w środku zupełnie surowe. Żebyś ty widziała minę naszej mistrzynii, jak to dźgała pałeczkami. Nawet spróbowała. To był błąd.
Bullet zaczął się śmiać, zaś Gun zdecydowanie miał aż czerwone uszy z zażenowania.
– Gabriel! – Zgłosił wyraźny sprzeciw, choć ciężko było powiedzieć na co, bo przecież uprzykrzanie życia jest przywilejem brata.
– Zgodnie ze słowami naszego nowego przyjaciela, wszystko co tu zostanie powiedziane, zostanie między nami. – Kątem oka Skye mógł zobaczyć mrugnięcie od Bulleta do Guna. I zdecydowanie mógł też poczuć ramię, które zostało położone na oparciu ławki. Jeszcze nie obejmowało bohatera w przyjacielskim geście, ale dużo nie brakowało.

– Nie są. – Edward odwrócił speszony wzrok.
-Są. – Zaoponował Gabriel. – Ale Edziu zwykle nie gotuje. Nie spodziewałbyś się, ale o wiele lepiej za to opatruje rany. Jest mega… – Tutaj musiał przerwać, bo brat chyba miał już dość naśmiewania się z niego, więc gdyby Bullet nie ruszył się z miejsca, mógłby skończyć z dziurą w klatce piersiowej od pięści. Teraz za to zażerał się ciasteczkami i oblizał kciuk z okruszków. – Sorry, a wracając do naszej słodkiej bobmy atomowej…
– Za dużo chce wiedzieć.
– Faktycznie dużo. Jeszcze co do największej łotrzycy, która pojawiła się w naszym mieście od złotych czasów. Czy jej gniew jest wart tych ciasteczek?
– Nie. – Odpowiedział bez zastanowienia Gun. – Nie wchodzisz na wojenną ścieżkę ze Skorpionami i ich nową szefową za żadne ciasteczka.
– Trudno się nie zgodzić. – Zastanowił się Gabriel. Skye mógł zobaczyć błysk w oku chłopaka. Stanął przed Skye, opierając się o bok brata, a jego dłoń powędrowała pod podbródek herosa. – Moja ty Atomówko… Jeśli chcesz informacji o Vized, udowodnij, że możemy ci zaufać.

– Może jeszcze nie, ale skoro chcesz BYŚMY – tutaj Bullet zerknął znacząco na brata, który tylko prychnął. – ci zaufali, ty musisz zaufać nam. Daj nam ten dobry przykład, Panie bohaterze. Pokaż drogę do światłości.
– Nie słuchaj go, to on chce ci pokazać drogę do upadku.
– Hej! Może i tak, ale przynajmniej będę przy tym uroczy. – Gabriel posłał Skye uśmiech nr 10, mógłby grać inkuba. – I zaproponuję randkę na dzisiejszy wieczór w postaci niezapomnianej wycieczkę po najbardziej strasznym, a zarazem pięknym miejscu, Zakazanym Mieście, gdzie żaden superbohater nie może czuć się bezpieczny. Więc jak będzie, zaufasz mi, że zadbam o ciebie… i twoje bezpieczeństwo w wężowym leżu?
Gabriel pochylił się do przodu w ukłonie, wyciągając dłoń w stronę Skye. Zaproszenie. Bardzo niebezpieczne zaproszenie.
– Czy ty przypadkiem nie mówiłeś, że to nie ma być randka? I co ważniejsze… zgłupiałeś do reszty?!
Niedowierzanie malowało się na twarzy Guna. Bullet syknął przez zęby wyraźnie poirytowany.
– Zmieniłem zdanie, a jak ci się nie podoba, to będziesz naszą przyzwoitką. A teraz cicho, bo psujesz moją rolę adwokata diabła, z którym się nie robi deali.

– Do szóstej rano cię odstawimy, słowo harcerza.
– W Zakazanym Mieście nie ma harcerzy. Nie ufaj mu. – Skomentował Gun. Chyba bardzo mu zależało na tym, aby Skye im nie zaufał tak do końca.
– Nie psuj zabawy. Teraz nie wiem czy jeśli faktycznie go zdradzę to będzie przewidywalne czy nie. Ale skoczę tylko po torbę i możemy iść. – I tak jak powiedział, tak zrobił. Po mgnieniu oka stał z torbą wypełnioną żarciem od Skye. – Masz jakiś szybki transport, czy mam cię nieść jak księżniczka?

– To leć za łuną, albo po prostu spotkamy się na rogu Miedzianej i Żelaznej w dzielnicy industrialnej. Postaraj się tylko wtedy nie rzucać za bardzo w oczy. Gotowy, Edziu?
– Nadal nie mogę uwierzyć, że właśnie pakujesz nas w te kłopoty. Dopiero co z aresztu wyszedłeś. Teraz za to chcesz nam na głowy gangi sprowadzić. Zobaczysz, zostawię was samych, jak w coś wdepniecie. – Gun położył bratu dłoń na barku.
– Nah, za bardzo byś tęsknił. – I faktycznie, gdy Bullet ruszył i pociągnął Guna za sobą, Skye mogła zobaczyć bardzo szybką łunę zlewających się kolorów. Pędziła do dzielnicy industrialnej, chyba odrobinę wolniej niż zwykle – możliwe, że dodatkowe obciążenie w postaci Edwarda utrudniała Gabrielowi bieganie.

Dzielnica industrialna była zdecydowanie… Zaniedbana, a przynajmniej ta część. Budynki z czerwonej cegły wyglądały jakby zaraz miały się zawalić, a zdecydowanie były opuszczone na czas nocny. Jedynie przy jednym z trochę lepiej utrzymanych budynków paliła się lampa. Uchylone wielkie drzwi przesuwne nie zachęcały do wejścia. A i reszta ulicy była ukryta w ciemnościach i nienaturalnej ciszy. Łuna po zatrzymaniu wtopiła się w uliczkę i nie sposób było od razu zauważyć właścicieli.

Bullet prawie podskoczył z nagłego pojawienia się koło niego. Spojrzał na Skye, potem na brata.
– Myślisz, że przejdzie? – Gabriel wydawał się mocno nad czymś zastanawiać.
– Nie ma szans. Wygląda zbyt czysto i brakuje w nim desperacji. – Gun ruszył w stronę oświetlonego budynku. – Ty bullshitujesz.
– Damn. – Gabriel chwycił dłoń Skye i pociągnął ich za bratem. – Udawaj zagubioną duszę. Gun ostrożnie rozsunął bardziej drewniane drzwi i wpuścił Skye i Bulleta jako pierwszych, zanim zamknął za całą trójką. Przy wejściu nie było oświetlenia, a magazyn wypełniony skrzynkami wydawał się być zupełnie normalnym magazynem. Bullet krzyknął gdzieś w przestrzeń „Bill, to my, bliźniacy, odłóż Marge”. Jednak za drugim zakrętem labiryntu skrzynowego, na samym środku w świetle usytuowana była konstrukcja. W rogu platformy zaś na skrzypiącym bujanym fotelu siedział wielki jaszczur w stroju kowboja. Oczywiście, że w dłoni trzymał dubeltówkę, którą pieczołowicie pucował. Skye ponad cicho grające radio z muzyką country, mogła usłyszeć ciche narzekanie Bulleta „no i nie odłożył”. Gabriel puścił dłoń i w mgnieniu oka zbliżył się do jaszczuroludzia. Podniósł jego wielki kowbojski kapelusz.
– Cześć Bill. Spokojna noc?
Mężczyzna położył broń na kolanach i uniósł wzrok na Bulleta. Skye zbliżając się do nich mógł zobaczyć garnitur zębów.
– Nah, skorpiony wypełzły ze swojego leża, a duchy za nimi podążają. A i na arenie są dzisiaj monster trucki, więc miasto buzuje energią. Podobno szef Koboldów postawił dużą kwotę na ich uczestnika i zrobi wszystko żeby ten wygrał. – Bill zaśmiał się, po czym jego wzrok skierował się na Skye. – Cóż to za biedna zagubiona owieczka?

– Skye… – Garnitur zębów się powiększył. – Ale mam nadzieję, że to nie na stałe, Bullet. Bo kto raz tam zejdzie, to już nie wróci…
– Nieeee, jeśli się uda to tylko na jedną noc. Wiem, słabe miejsce na przechowanie osoby, ale… to jak, wajha w dół? Nasz gość jest trochę zmęczony.
– Taaaa… – Jaszczur odchylił się do tyłu na krześle. Otworzył komorę na naboje, upewniając się, że jest naładowana. – Ale nie… Znacie zasady. Żadnych bohaterów.
– Cooo? – Bullet udawał zdziwienie. – Skąd ten pomysł? Skye to zwykły chłopak, który szuka swojego miejsca.
– Aha. Oj, Margarette! Przynieś mi księgę bohaterów! Tom ze świeżynkami! I nie pomyl z agentami AEGIS! – Wydarł się w ciemność. W ciemności zaś można było usłyszeć jakieś niezadowolone pomruki i ktoś zaczął poruszać się w głębi. – Wiesz, że jakbyś zapaliła światło, to byłoby ci łatwiej znaleźć, złotko?! – Kolejne pomruki przeplatały się warknięciami. Ale po chwili cały magazyn okrył się światłem. Po kolejnych paru minutach pełnych muzyki country i bujanego fotela, zza skrzyń wyjawiła się humanoidalna postać szarego królika, w krótkich dżinsowych spodenkach i kraciastej koszuli. Podeszła z wielkim segregatorem, który prawie rzuciła na kolana Billa.
– Sam se go szukaj następnym razem.
Na szczęście dla niego zdążył odłożyć broń i oprzeć ją o fotel. Niespiesznie za to zaczął wertować wpięte w segregator strony, mrucząc coś pod nosem.
– Na każdym posterunku macie takie tomy? – Uniósł brew do góry Gabriel.
– Nah, inni wolą te nowoczesne komputery. Ja zawsze proszę by mi drukowali zdjęcia. Łatwiej mi zapamiętać zmiany, a te ciągle się dzieją.
– Taaa… – Bullet zaśmiał się nerwowo i spojrzał na brata. Uszy dziewczyny-królika za to zaczęły drgać i odwróciła głowę w stronę drzwi. Potem i inni mogli usłyszeć jak na zewnątrz podjechał jakiś wóz, a towarzyszyły temu pokrzykiwania ludzi.
– Głośni jak zawsze. – Skomentowała króliczka. Gun nie wytrzymał. Chwycił rękę brata i wyciągnął z niej jedyny pakunek, który był zawinięty w papier.
– Ciasto. Z rodzynkami. – Wepchnął królicy ciasto do rąk, na co ona warknęła, ale zaraz ucichła, gdy Bill zaczął się śmiać. Jaszczuroludź zamknął segregator.
– Dobrze, że ktoś pamięta jak się dba o strażników. Margarette, zjemy sobie jutro ciasto do herbatki. Odłóż na miejsce. – Podał dziewczynie segregator, a ta oddaliła się w labirynt skrzyń. Za to drzwi od magazynu otworzyły się i zaraz zamknęły. Mocne kroki zbliżały się nieubłaganie. – Stańcie z boku. Muszę sprawdzić naszych przybyszów.
Gun tym razem chwycił zarówno brata, jak i Skye i popchnął ich w róg platformy, zasłaniając ich własnym ciałem. Skye nadal mógł jednak widzieć, jak szóstka osób zbliżała się szybkim, bardzo pospiesznym krokiem do platformy. Dwójka z przodu miała przerzucone przez ramiona torby jak do siłowni – pierwszy, mężczyzna miał bardzo nieprzyjemny wyraz twarzy, może spowodowany przez szramę na policzku, druga, niższa dziewczyna, która prawie zatopiła się w swojej kurtce, wcale przyjemniej nie wyglądała, choć ona przynajmniej nie nosiła ciemnych okularów w nocy. Pozostała czwórka bardziej skupiona była na targaniu wielkiej skrzyni, którą rzucili na platformę. A każdy z nich ubrany był w czarną kurtkę, którą zdobił na plecach skorpion.
– Trochę delikatniej, co? – Prychnął jaszczuroludź. Odpowiedział mu mężczyzna z przodu.
– Sorry, mamy mało czasu, Bill. Załatwmy to szybko, mamy w skrzyni ciężki sprzęt, materiały wybuchowe, palniki i butle z gazem. Musimy je przenieść do naszej kryjówki. Jutro znikną z miasta.
– Oby. – Mruknął Bill, po czym pociągnął za wajhę, która była na słupie tuż przy jego fotelu. Podłoga zgrzytnęła, po czym platforma, która była windą ruszyła w dół.

Bullet jak się okazało był bardzo ciekawskim stworzeniem, bo zanim Gun zdążył przyblokować mu drogę, już stał przy przybyszach. Edward zmarszczył brwi, patrząc kątem oka na sytuację.
– Cześć, Danny, Lizzie, widzę, że się jakaś grubsza akcja szykuje. Czyżby wystawa kryształów? Wszyscy zdają się mieć chrapkę na ten wielki, żółty diament.
Nagłe pojawienie się Bulleta spowodowało spięcie mięśni u obu z przewodników. Ale po chwili rozluźnili się. Albo to był urok delikwenta albo też nie uznawali go za zagrożenie. To Lizzie się odezwała.
– Nie do końca akcja. Co prawda jutro na powierzchni będzie wybuchowo, więc szefowa kazała nam zabrać sprzęt w bezpieczne miejsce. – Wielkie oczy dziewczyny spoczęły na Gunie i kryjącym się za nim Skye. – Szczęście w nieszczęściu cię spotkała, dziecino. Zakazane Miasto jest najbezpieczniejszym i najniebezpieczniejszym miejscem jednocześnie, ale jutro to będzie arma…
Danny zakrył dziewczynie usta, sycząc „bardziej nie możesz rozdziawać tej gęby?”. Reszta skorpionów zachihotała w ewidentnym rozbawieniu. Danny zsunął okukary, ukazując znudzone lub też zmęczone spojrzenie. A może jedno i drugie. Ale przynajmniej on nie taksował Skye swoim wzrokiem, zwrócił się za to do Guna.
– Wy nadal neutralni, chłopaki? – Na kiwnięcie głowy kontynuował. – Nie wychodźcie jutro na powierzchnię. Jeśli faktycznie dojdzie do bitki, będą naziemców ewakuować.
– Och, to dlatego sprzęt przenosicie. – Pokiwał głową Bullet. – Ta wasza nowa szefowa… To jaka ona jest i skąd wie, że jutro będzie armagedon?
Lizzie ugryzła kolegę w dłoń, na co on odpowiedział wysokim piskiem i zabraniem ręki z nieprzychylnym spojrzeniem na dziewczynę. Kolejne chichoty wypełniły szyb windy, która powoli zjeżdżała coraz niżej i niżej.
-Jest mega! Jak Vized za pierwszym razem wpadła do naszego leża! Żebyś ty ją widział! – Lizzie zdecydowanie była jej fanką, bo aż wypieki pojawiły się na jej policzkach. – Pięć sekund! Tyle wystarczyło, aby nasi zwykli członkowie leżeli u jej stóp. Wyglądała jak królowa. A potem, gdy miała pod butem Harrego. Harry jej przez to nienawidzi, ale ja uważam, że to love-hate relationship.
„Tylko niech Harry nie usłyszy, że ich fangirlujesz, to cię na strzępy rozerwie” podrzuciła reszta skorpionów, tym razem śmiejąc się do rozpuku.
– Zamknąć japy, bo was strzelę, kretyni! – Warknęła, po czym zwróciła się z powrotem do Bulleta. – Vized ma swoje plany i nie interesują jej te świecidełka z wystawy. W odróżnieniu od was. Słyszałam, kto był dzisiaj na dołku, Bullet. – Uśmiechnęła się wrednie. – Sprzedajecie informacje czy sami robicie napad?
Bullet zerknął na brata, jakby szukając odpowiedzi i najwyraźniej ją otrzymał.
-Sprzedamy, pewnie Koboldom, bo podobno oni coś szykują na samą aukcję. Nie ma tam niczego, co by nas interesowało.
– Raczej tę kobietę, co ostatnio macie u niej plecy. – Mruknął Danny i Bullet już ewidentnie chciał coś odpowiedzieć, ale winda opuściła szyb. Mrok szybu zastąpiła ciemność jaskinii. Ale ta zaraz uciekła przed stropem, który mienił się fioletowymi rozbłyskami oraz podłożem rozświetlanym ciepłymi światełkami, które wyglądały jak dywan pełen świetlików. Co poniektóre większe budowle, które majaczyły w dole były lepiej rozświetlone i wydawały się wyspami na czarnym morzu.

Wzrok zgromadzonych zwrócił się ku młodemu bohaterowi. Jedynie kowbojski kapelusz dalej był pochylony, a dubeltówka spoczywała na kolanach.
– Spokojnie, dziecino. Niedługo stracisz poczucie, że jesteś naziemcą i nie będzie cię obchodzić ich los, tak jak nasz los jest obojętny im. – Lizzie pokiwała głową.
Znudzony wzrok Danniego przeniósł się w stronę miasta, które z daleka wyglądało magicznie.
– Chyba wszyscy słyszeli, że Scion rozwiązał Mistrzów Cudów. Wbrew pozorom to nic nie zmienia, on dalej będzie solował, Boski Miecz dalej będzie poza Halcyon City, a Panaceum… Hm… Jest szansa, że znajdzie nową drużynę, bo kto by nie chciał mieć supersa, który leczy… Ale podczas konferencji Scion oznajmił, że nie spocznie póki nie dorwie naszej nowej szefowej. A jeśli czegoś się o niej dowiedziałem, to to, że uwielbia wyzwania.
– To i chce się wyżyć na Scionie, bo podobno Panaceum jej nakłamał w jakiejś sprawie. Jak się o tym dzisiaj dowiedziała. Noga, ręka, mózg na ścianie. Tylko Harry mógł do niej podejść, ale tylko z 3-metrowym kijem! – Zawołał wesoło jeden ze Skorpionów. Danny mruknął ze zmęczeniem.
– Tylko Harry wie co ta wariatka chce zrobić. Ale jeśli… – chwilę szukał słowa. – pójdzie 1na1 i dotrzyma Scionowi kroku, to dobrze dla Skorpionów, bo nowa krew uwielbia silnych przywódców. A jeśli padnie… Tym lepiej dla Harrego, bo odzyska Skorpiony.

W historii Danna brakowało jakieś elementu i Skye to czuł. Ale teraz, gdy niebezpieczeństwo zawisło nad głową jego brata, nie wydawało się to takie ważne. Mężczyzna już zdawał się chcieć coś odpowiedzieć, ale jaszczuroludź krzyknął „uwaga na nogi” i po sekundzie platforma przeszła przez kolejny szyb, gdzie tym razem wszystko było dobrze oświetlone. Winda opadła niedelikatnie na dno i mniej przygotowani mogli się zachwiać. Mocne światło gryzło w oczy i trzeba się było chwilę przyzwyczaić. Ale Skorpiony, mając więcej doświadczenia, jak tylko barierki zabezpieczające opadły, zaczęli się zbierać.
– Ruszać te zadki. Szef powinien być na placu transportowym. A my jesteśmy ostatnią grupą i jak nie dostarczymy mu sprzętu, to nas wrzuci do dziury.
Skorpiony zajęczały boleśnie, ale podniosły ciężką skrzynię i ruszyły do wyjścia. Lizzie zaczęła za nimi wesoło skakać z ciężką torbą obijającą się jej o plecy.
– Bye bye! – Pomachała wesoło. Danny jeszcze zatrzymał się na chwilę.
– Nie wiem. Cokolwiek Vized chce zrobić, Skorpiony mają własne zmartwienia… Ale mówimy o Scionie, to nie jest bohater, który pozwoliłby na skrzywdzenie niewinnych. A i Vized nie wydaje się być skora do narażania niepotrzebnie ludzi, chyba że ma to jakiś wyższy cel.
Nie czekał na odpowiedź, tylko ruszył za swoimi ludźmi.

Gun spojrzał w dół na chłopaka, który się go złapał. Wydawał się być spięty, ale nie powiedział nic, dopóki Skorpiony nie zniknęły.
– Chcesz wracać? – Jego głos był chłodny, jakby nie dowiedział się właśnie, że bitwa dwóch supersów może się źle skończyć dla miasta.
– Co? Przecież noc się dopiero zaczyna. – Zaaponował Bullet, po czym uśmiechnął się przebiegle. – Poza tym… Skye zawsze może poszukać Vized lub Harrego na mieście.
– Zczerniał ci mózg do reszty? Harry rozerwie nas na strzępy. Mam ci przypomnieć, kto na jego ogonie przywiązał kokardę, z którą latał cały dzień?!
– Skorpionom się to bardzo podobało. Nadal mają zdjęcia. – Uśmiechnął się niewinnie Gabriel.

– Na wycieczkę po najcudowniejszych zakątkach Zakazanego Miasta. – Prawie że teatralnie wskazał drogę do wyjścia z tej jaskinii. Na to zaczął się śmiać Bill, skrzypiąc bujanym fotelem.
– Toż lepiej wysypisko mu pokaż. – I śmiał się tak, aż zaczął się krztusić i Gun musiał silną ręką poklepać jaszczuroludzia po plecach. – Ugh… A mówią, że śmiech to zdrowie.
– Będziemy wracać tak o szóstej, do zobaczenia staruszku. – Bullet chwycił Skye znów za rękę i zaczął ciągnąć w stronę wyjścia.
– Nie jestem stary, smarkaczu! – Oburzył się Bill. – A to nie jest wasza prywatna winda. Najlepiej określić wyjście z jaskinii jako wejście do drugiej. Tylko tej wielkiej, gdzie sufit wyglądał jak kosmiczne nocne niebo, a sznury papierowych latarnii oświetlały słabym światłem ścieżkę schodami w dół.
– O pierwszej w nocy zaczynają się nocne monster trucki, to mamy chwilę, więc, włamujemy się do ogrodu czy chcesz zobaczyć targ? O piątej puszczają wodospad. I już miał zacząć ciągnąć Skye w dół, gdy ten nagle został chwycony przez silne dłonie i został usadowiony jak lalka na szerokim ramieniu Guna.
– Chcesz, żeby sobie stopy rozharatał? Tu nikt nie chodzi bez butów.

– Mogłeś wcześniej powiedzieć. – Sarknął Gun. – Trochę zależy. Z wysypiska ludzie i supersi zbierają wszystko co można dać do skupu, ale przez dość częste burdy na głównych ścieżkach jest masa rozbitego szkła i zardzewiałego żelastwa. A schody bardzo często to ostre kamienie. – I już Gun miał odstawiać z powrotem Skye, skoro ten miał jednak buty, ale w powietrzu uniósł się donośny głos Bulleta.
– Ani mi się waż! – Edward uniósł brew i nagle rozbysnął flesz od aparatu. – Wyglądacie tak uroczo. – Skye ciężko by było to zauważyć, ale twarz najwyższego z chłopaków poczerwieniała. – I z twoich ramion Skye będzie mieć lepszy widok.
– To nie miała być twoja randka? – Gun wycedził przez zęby.
– Moja? Nie przypominam sobie. A teraz chodźcie, zgłodniałem. – Oznajmił i zaczął zeskakiwać po schodach. Edward westchnął i ruszył za bratem.

– Ha, tylko jeśli mnie złapiesz. A teraz już nie dam ci się tak łatwo. – Prawie, że zaśpiewał Bullet.
– O ile go nie zabijesz, mogę ci odstąpić braciakowe prawo do rozkwaszenia mu mordy.
– Hej! I jestem świetnym przewodnikiem jakby co. – I jak widać nic sobie nie robił z gróźb rzucanych w jego stronę. – Zapraszamy więc na wycieczkę. Znajdujemy się obecnie w urokliwym, acz niebezpiecznym Zakazanym Mieście. Ok. 8 km poniżej morza. Jak można odczuć, klimat mamy tutaj umiarkowany. W lato jest przyjemnie chłodno, w zimę dość ciepło, aby nikt nie zamarzł. Zakazane Miasto powstało ok. 400 lat temu w wyniku porzucenia kopalni. Od tamtej pory było miejscem zbierania się wszelkich wyrzutków społecznych i przestępców ukrywających się przed prawem. Przez te 400 lat nic się w tej kwestii nie zmieniło. Pierwszy przystanek, główny targ, zawsze otwarty, zawsze pełen ludzi.

– Trafiłeś na całkiem dobry moment, od kiedy Vized przejęła Skorpiony i zaminowała magazyny innych frakcji, to te siedzą… spokojniej, bo na pewno nie ciszej, ale przynajmniej nie dochodzi do walk na ulicach. Teraz wszystkie spory zostały przeniesiono oficjalnie na arenę. A i o to ona w pełnej krasie. – Jak się okazało ta przypominała koloseum, tylko zrobione ze wszystkiego co popadnie i zdecydowanie niższe. Ale wokół areny była jak widać główna ulica targowa, a w pobliżu i plac. Pomimo, że światła prowizorycznych lub krzywych latarnii dawały słabe oświetlenie, mieszkańców było mnóstwo. Bullet na chwilę podbiegł do stoiska z wystawionymi dziwnymi szaszłykami. Widać było jak się targuje, ale gdy wrócił z trzema patykami, podał Skye przysmak, którym okazał się być pieczony szczur na patyku. – Tylko nie jedz ogona.

– To… Nie jest najlepszy pomysł, ale zobaczę co da się zrobić. – I zniknął w tłumie. Edward już zdążył zjeść swojego szaszłyka.
– Czego chcesz wiedzieć? – Zapytał Skye.

– Nie. – Edward zaczął iść w bliżej nieokreślonym kierunku. – Ogrodem rządzi matrona, a ona syrenami. To jedno z nielicznych zielonych miejsc tutaj. Jeśli nie jedyne, tu nie ma słońca. Syreny nie znoszą mężczyzn, więc jak was tam złapią, to możesz się pożegnać z juniorem.

– Jeśli tak uważasz. Syreny to nie potwory tylko normalne kobiety. I nie wiem kto chciałby zobaczyć piekło, skoro mamy je już na ziemi. Szkoły są, szklarnie poza ogrodem nie, chyba że jakieś pojedyncze. – Skye mógł poczuć wzruszenie ramion. – Nikt ci nie zabroni. Chcesz go rysować z jakiegoś konkretnego punktu?

Gabriel wrócił z butelką (nie oryginalną) czegoś co przypominało napój sodowy, ale zostawiało takie mrowienie na języku i było mega kwaśne. „wodę większość osób albo sama filtrowała w domu, albo poddawała specjalnemu uzdatnianiu i wtedy kończyło się z takimi smakami” – jak wytłumaczył. A potem i tak zaciągnął Skye i Guna na monster trucki, bo jak się okazało to nie o nie chodziło, a raczej o liderów gangów, którzy często obserwowali arenę. Dzisiaj w loży dla VIPów rzucał się jakiś czerwony jaszczurowaty knypek, Red Baron, przywódca Koboldów, oraz kobieta o zakrytych włosach i oczach, Matrona. A z tyłu, opierając się o filar, była nie kto inny niż Vized.

Gabriel pociągnął przez słomkę równie paskudny napój, co Skye wcześniej pił.
– Hm… Często przywódcy gangów się pojawiają na walkach czy monstertruckach. Po to, żeby zobaczyć co robi konkurencja, zawiązać szojusze, pokłócić się pomiędzy sobą. Talskin raczej nie wpada, częściej wysyła Mindwalkera, ale jeśli wysyła, to znaczy, że coś się dzieje. – Właśnie dwie wielkie maszyny ścierały się na torze. – Red Baron, przywódca Koboldów, przyjmują tylko osoby o humanoidalnych, ale nie ludzkich kształtach. Koboldy uwielbiają złom, a jeszcze bardziej maszyny. O Matronie już mówiliśmy, Syreny są najspokojniejszą grupą, ale to nie znaczy, że chcesz z nimi zadzierać. Ale i tak tam pójdziemy Edward odpowiedział za to bardzo krótko.
– Nie i nie.

Skye widzi, jak na dopytywania o ich dom, Gabriel przygryza wargi. Ta niby randka musi być dla niego całkiem ważna. Może gdyby tym razem Skye zaprosił Bulleta… I to nie do aresztu, to miałby szansę na pogłębienie ich znajomości. Edward za to pomimo, że wydawał się być wycofany emocjonalnie, to nie wyglądał na zestresowanego obecnością Skye. Tak bliską obecnością.
– Możesz dzwonić po nas. Doskonale wiesz, czemu tam cię nie zabierzemy i o ile nic ci się nie stanie, nie ma potrzeby by cię zaprowadzić do naszego lokum.

Gabriel już miał odpowiedzieć, gdy Edward zakrył mu usta.
– Raczej będziemy zajęci. – Mruknął, unikając wzroku. Bullet jednak się wyrwał.
– Że co? Przecież nie robimy skoku w sobotę… – Uniósł brew. – Chyba że ja o czymś nie wiem… Ja o czymś nie wiem!
Gabriel wstał. Normalnie ciężko by było zagłuszyć zarówno tłum jak i samochody, ale wielkie ciężarówy akurat miały na chwilę przerwę, więc ludzie spoglądali się na trójkę nastolatków, czy może tutaj nie dojdzie do rękoczynów.

Skye mógł poczuć na sobie wzrok, jakby szpilki uwierała go pod skórą.
– Idziemy. Teraz. – Gun chwycił pozostałą dwójkę i jak dwa worki ziemniaków zaczął ich wynosić po pachami. Na szczęście nikt nawet nie śmiałby ich zatrzymać. Gabriel ewidentnie niezadowolony z takiego traktowania, wykręcał się, zanim wyłowił telefon. Po czym zaczął go czytać Skye.
– Ja robię rzeczy głównie dla fanu, zaś ten goryl dla poklasku… – Chyba goryl się zdenerwował, bo Bullet jęknął nagle, ale potem kontynuował. – więc nie, nie musimy tego robić.

Gun postawił dwójkę, a raczej postawił Bulleta i wziął Skye w stylu panny młodej.
– To nie jest takie proste. Ale skoro Matrona jeszcze siedzi na arenie, to dobry czas, żeby odwiedzić ogród.
I tam też ruszyli. Jak się okazało ogród był wielopoziomowym systemem jaskiń, z odpowiednio poprowadzonymi korytami melioracyjnymi. Na tym poziomie, co Bullet ich zabrał (Gun wolał zostać poza ogrodzeniami) był w dużej mierze sad. O tyle mniej przypominał te naturalne ze względu na dokładne rozmieszczenie drzew i wąskich koryt z wodą. Było tu bardzo cicho i jedyne światło pochodziło z fluoroscencyjnych grzybów, porastających zarówno ściany jak i podłoże.

(I potem Petra teleportowała się do Skye)

Zostaw kometnarz 🔥

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Notice: ob_end_flush(): Failed to send buffer of zlib output compression (0) in /home/korzem/public_html/serwery/minddev/public_html/domeny/exiles.labiryntkostek.pl/wp-includes/functions.php on line 5581